Motto: Miała być demokracja a tu każdy ma własne zdanie Lech Wałęsa
wtorek, 08 stycznia 2008
Dwie twarze Donalda Tuska

Znakomity tekst Zdzisława Krasnodębskiego na temat ewolucji postawy i poglądów Donalda Tuska w ciągu zaledwie 3 lat. Gorąco polecam:

"

Epitafium dla chwilowego radykała

Zdzisław Krasnodębski 08-01-2008, ostatnia aktualizacja 08-01-2008 14:18

Polityk może zmieniać poglądy. Jeśli jednak Donald Tusk tak radykalnie zmienił poglądy w ciągu dwóch lat, trudno nie pytać, co jest tego przyczyną – zastanawia się filozof społeczny Zdzisław Krasnodębski.

źródło: Rzeczpospolita
+zobacz więcej

Gdy dwa lata temu zapytano pewnego wybitnego polskiego polityka, czy czuje się skrajnym radykałem, odparował: „Czasem radykalizm poglądów jest cnotą. Na przykład rozumiany jako stanowcza determinacja, by zidentyfikować źródła zła i wyeliminować je z życia politycznego. Wobec oczywistej niesprawiedliwości, kłamstwa i nieuczciwości trzeba być radykałem, a nie człowiekiem kompromisu”.

Radykalizm – dodał – jest na przykład potrzebny „w konfrontacji ze światem przestępczym i nieudolnością wymiaru sprawiedliwości”. Był to polityk, który uznał, że należy szeroko otworzyć archiwa SB, by się wreszcie uporać z dziedzictwem komunizmu: „Kiedy w latach 80. mówiłem o potrzebie przywrócenia własności prywatnej i wolnego rynku, też nazywano mnie radykałem. Teraz znowu to słyszę, bo zgłosiliśmy postulat, by otworzyć teczki i udostępnić wiedzę o tym, co się działo w Polsce przez ostatnich 20 – 30 lat. Ujawnienie prawdy dla niektórych zawsze będzie żądaniem radykalnym (...) Ci, którzy obawiają się ujawnienia prawdy z przeszłości, zawsze przedstawiają zwolenników otwarcia archiwów jako niebezpiecznych radykałów i osoby niespełna rozumu. A my przecież proponujemy rozwiązanie, które nie jest niczym szczególnym. Chcemy tylko, aby dostęp do archiwów był znacznie szerszy, żeby nie był przywilejem wybranej kasty. Po to między innymi, żeby historią nie grali politycy, a szczególnie byli esbecy”.

Wyznania radykała

Polityk ten ostro krytykował elity, szczególnie warszawskie „towarzystwo” i jego dążenie do sprawowania realnej władzy w Polsce, władzy zachowawczej, uniemożliwiającej właściwy rozwój Polski: „Kilka wpływowych osób wystraszyło się, że (...) w polskiej polityce pozostaną siły, które są mało wrażliwe na opinie warszawskiego salonu. A salon nie chce stracić wpływu na to, co się w Polsce dzieje, o czym się mówi, co wypada, a co nie”.

I wskazywał, że za hasłem obrony III RP kryje się chęć obrony pozostałości po komunizmie: „Dzisiaj wśród obrońców III RP w jednym szeregu znajduję Józefa Oleksego, Leszka Millera oraz Tadeusza Mazowieckiego i Władysława Frasyniuka. Nie mam pojęcia, co w tym towarzystwie robi Mazowiecki i Frasyniuk. Jestem przekonany, że ten tężejący szereg obrońców III RP to legion tych, którzy chcą bronić resztek PRL”.

Dostrzegał negatywne strony historycznego kompromisu zawartego przy Okrągłym Stole: „Ten układ przyniósł w sposób bezkrwawy pożyteczne zmiany w Polsce, ale wystarczy trochę trzeźwej perspektywy, aby zauważyć, że dla ludzi oddających wtedy władzę najważniejsze było zagwarantowanie własnych interesów i własnego bezpieczeństwa. Taką gwarancją miał być szantaż lustracyjny. Jest prawdopodobne, że masowe werbunki konfidentów w latach 1987 – 1988 miały właśnie taki cel”.

To cytaty z wywiadu przeprowadzonego z owym politykiem przez Joannę Lichocką dla „Faktu” 2 marca 2005 r. W innym, wcześniejszym tekście opublikowanym w tej samej gazecie polityk ten pisał: „Chylę czoło przed tymi, którzy już dawno potrafili dostrzec zagrożenie ze strony byłych służb specjalnych. Ja go nie widziałem na początku lat 90. Tymczasem dawni funkcjonariusze tych służb świetnie zadomowili się w służbach dzisiejszych, a także w mafii, mediach oraz biznesie i polityce. Także tu trzeba zadziałać stanowczo” („Fakt” 26 kwietnia 2004).

Projekty

Kim był ten polityk? Nie, to nie Antoni Macierewicz, to nie Jarosław Kaczyński i nie Jan Rokita. To Donald Tusk, obecny premier RP. Wtedy nie głosił jeszcze – lub już nie – powszechnej miłości. Przypominam o tym, bo pamięć polskiego społeczeństwa jest zadziwiająco krótka. Oczywiście polityk może zmieniać poglądy. Jeśli się jednak zmienia tak radykalnie w ciągu dwóch lat, trudno nie pytać, co jest tego przyczyną.

Czy w ciągu ostatnich dwóch lat problemy, o których mówił, zostały rozwiązane? Czy tamte diagnozy przestały być prawdziwe z chwilą, gdy PiS przejął władzę? Czy konferencje ministra Ziobry, odrolnienie działki na Mazurach, sprawa arcybiskupa Wielgusa, rozwiązanie WSI, zaciekły opór wielu środowisk przeciw lustracji, zatrzymanie działaczy piłkarskich i urzędników Ministerstwa Finansów oraz samobójstwo Barbary Blidy sfalsyfikowały tamte oceny?

A może Donald Tusk nigdy nie brał ich zupełnie poważnie? Co zatem Tusk traktuje poważnie, jakie cele stawia przed sobą? Wtedy sądził na przykład, że „uzdrowienie życia publicznego to sprawa absolutnie podstawowa (…) Skończyć się musi bezkarność urzędników. W niektórych krajach wobec urzędników państwowych nie stosuje się zasady domniemania niewinności. W razie podejrzenia to oni muszą udowadniać brak swojej winy. To znacznie ułatwia walkę z korupcją” („Fakt” z 26 kwietnia 2004 r.).

Żaden z dawnych projektów Platformy – większościowa ordynacja, likwidacja Senatu, zmniejszenie liczby posłów w Sejmie – nie jest już jej sztandarowym projektem. Co więc w zamian proponuje? Konia z rzędem temu, kto potrafi to powiedzieć. PO sprawia wrażenie, jakby dopiero po wyborach, zaczęła się zastanawiać, co zamierza zrobić. Kto z nas pamięta, o czym premier Tusk mówił w swoim trzygodzinnym przemówieniu? Nawet o budowie „drugiej Irlandii” rząd już milczy i nic dziwnego, skoro PO nigdy nie objawiła głębszej wiedzy o tym, jak Irlandia osiągnęła swój sukces, i nie pokazała, co z doświadczenia Irlandii można by powtórzyć w Polsce.

Plan Sawickiej

PO zajęła się po dojściu do władzy zmianami personalnymi, które nie są oczywiście „zawłaszczeniem państwa”, lecz jego „oczyszczaniem”. Głównie troszczy się o służby specjalne, a jedyny konkretny plan dotyczący służby zdrowia jak dotąd zgłosiła jeszcze przed wyborami Beata Sawicka. W polityce zagranicznej widać raczej zwrot ku Rosji niż poprawę naszej pozycji na Zachodzie.

Wśród członków nowego rządu wybijają się minister Ćwiąkalski, który konsekwentnie sygnalizuje, że czas restrykcyjnej polityki karnej się skończył, co widać między innymi po sposobie potraktowania jego dawnego klienta Ryszarda Krauzego, oraz minister Julia Pitera, która wykonywała najlepiej jak potrafiła zlecenie na Mariusza Kamińskiego. Mimo tych starań nie udało się potwierdzić licznych zarzutów, którymi szermowano przed wyborami (CBA miała być przecież jak Securitate i Stasi), co dałoby wiarygodny pretekst do odwołania Kamińskiego ze stanowiska. Jedynym argumentem, jakim usiłuje nas się przekonać, jest to, że obecny szef CBA jest kontrowersyjny. A nowym szefem – w ramach depolityzacji służb – miałaby zgodnie z życzeniem premiera zostać właśnie niekontrowersyjna Julia Pitera. Prawdziwym rzecznikiem rządu jest równie niekontrowersyjny Stefan Niesiołowski, który skutecznie równoważy retorykę miłości swą chyba, niestety, nieuleczalną koprolalią.

Wystarczy administrować?

Mimo to poparcie dla nowego rządu jest wysokie. Media, które wyniki wyborów 2005 roku powitały bezprzykładną agresją, tylko markują krytykę, ożywiając się wtedy, gdy idzie o PiS. Popularność nowego rządu pokazuje, jak łatwo jest w Polsce grać na pozytywnych nastrojach i że PiS nie wykorzystało swych szans w tym względzie.

Rząd PO troszczy się głównie o służby specjalne, a jedyny konkretny plan dotyczący służby zdrowia jak dotąd zgłosiła jeszcze przed wyborami Beata Sawicka

Społeczeństwo było znużone konfliktami, niestety, po części bezproduktywnymi, i ostrą retoryką, za którą nie zawsze szły czyny. Z ulgą też przyjęło zniknięcie pewnych polityków z życia publicznego.

Na bardziej trwałe poparcie PO może jednak liczyć głównie wśród tych, którzy przez ostatnie dwa lata żyli w strachu, że ktoś wreszcie sprawdzi ich przeszłość, pochodzenie majątku oraz tych, którzy czuli się odsunięci na dalszy plan, zdjęci ze świecznika, na którym chcieliby świecić swym przyrodzonym blaskiem. Uwłaszczonej nomenklaturze postkomunistycznej i postsolidarnościowej nie potrzeba już SLD i LiD – schyłek pokomunistycznych partii jest więc nieuchronny, chyba że dokonają nieoczekiwanej transformacji.

Pojawiła się teza, że wracamy do normalności, że wszystkie istotne problemy Polski zostały rozwiązane, że trzeba już tylko sprawnie administrować krajem. Wystarczy jednak rozejrzeć się wkoło, żeby stwierdzić, że już same zadania administracyjne są tak wielkie, że o „normalności” nie może być mowy. Każdy, kto zetknął się z instytucjami polskiego państwa wie, że nie odpowiadają one nowoczesnym standardom i że np. budżet jest ciągle konstruowany według peerelowskiej matrycy. Każdy, kto wsiada do pociągu w Berlinie i wysiada na dworcu w Poznaniu, czuje, że znajduje się w innej strefie cywilizacyjnej – i żadne Schengen tego nie zmieni.

Cywilizacyjny uskok

To, że jeden z niedawnych mieszkańców Poznania jest właścicielem własnego samolotu i że od Pniew do Konina można przejechać najdroższą autostradą w Europie (na odcinku niespełna 200-kilometrowym trzeba płacić trzykrotnie), jest jeszcze jednym potwierdzeniem tego cywilizacyjnego uskoku. Gdy mieszka się w Warszawie, gdy obraca się w wśród ludzi sukcesu, łatwo zapomnieć o polskim „interiorze” i jego problemach.

Mimo niewątpliwych osiągnięć dystans dzielący Polskę od krajów rozwiniętych się nie zmniejsza, do tego nie wystarczą dwa wyjątkowo pomyślne lata. Zmniejszył się natomiast dystans między życiem elity a elitami Zachodu. Autor świetnej książki o zacofanych krajach Europy międzywojennej Derek H. Aldcroft (Europe’s Third World, The European Periphery in the Interwar Period, Aldershot 2006), zauważył, że w tamtych czasach w strategiach modernizacyjnych chodziło nie o wyrównywanie różnic między warstwami peryferyjnych społeczeństw, lecz o „transfer dochodów od biednych do elit, żeby elity mogły uzyskać środki do naśladowania stylu życia swoich odpowiedników na Zachodzie, tak jak robią to przez ostatnie pół wieku postkolonialni liderzy w Afryce”. Lokalne elity – jak pisze wybitny węgierski politolog Andrew Janos – dokonywały „zamiany prywatnych potrzeb w politykę publiczną”.

Niestety, podobnie było po 1989 roku. I właśnie dlatego warunkiem rozwoju ekonomicznego Polski są i będą głębokie przemiany polityczne odwracające tę logikę „prywatnych potrzeb”, wyznaczających politykę państwa, zmiana mentalności elit i ich częściowa wymiana, odblokowanie możliwości awansu, uporanie się ze spadkiem komunistycznej przeszłości, umocnienie suwerenności politycznej i kulturowej. Ci, którzy liczą na koniec polityki i zastąpienie jej zarządzaniem, powtarzają stary marksistowski topos. Tymczasem Polska stoi przed zasadniczym wyzwaniem politycznym i kulturowym, także zewnętrznym.

Jak pisał Janos w książce wydanej nie przez Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu (jakby mógłby przypuszczać wykształciuch czerpiący swą wiedzę z „Niezbędnika inteligenta” tygodnika „Polityka”), lecz przez Stanford University Press: „Różnice między dawną (sowiecką) i nową (zachodnią) hegemonią są, oczywiście, zasadnicze, ale dostrzegając różnice między tymi dwoma międzynarodowymi reżimami, obserwator nie może zignorować pewnych elementów ciągłości. Przede wszystkim musimy pamiętać, że tranzycja nie oznacza przejścia od hierachii do równości, lecz od jednej formy hierarchii do innej. Nie ma wątpliwości, kto wiedzie prym w dzisiejszej Europie Środkowo-Wschodniej lub (...) kto jest „misjonarzem”, a kto „lokalnym dzikusem”, którego czeka konwersja do uniwersalistycznego kanonu (...) Komunizm zamierzał wykreować „nowego człowieka”, natomiast misjonarze nowego uniwersalizmu chcą wykreować nowe liberalne osobowości wyposażone w supranarodowe sentymenty nowego wieku i wyzwolone z tradycyjnej społecznej etyki i rozmaitych tabu” (Andrew C. Janos, East Central Europe in the Modern World. The Politics of Borderlands for Pre- to Postcommunism, Stanford 2000).

Łatwiej ulegać

Część „lokalnych dzikusów” emigruje, zasilając metropolie w niezbędną siłę roboczą – na budowach, w usługach gastronomicznych, seksualnych, hotelarskich i pielęgnacyjnych (oblicza się, że w tej ostatniej branży pracuje w Niemczech nielegalnie ok. 100 tys. osób, w większości z Polski). To oni głosowali na PO, by nie dokuczano im cytatami z prasy bulwarowej o kartoflach i teletubisiach. Większość zaś tubylczej elity wie, że łatwiej i korzystniej jest ulegać trendom płynącym z metropolii, niż się im przeciwstawiać – liczy na polityczne i finansowe nagrody za lojalność i poparcie w utrzymaniu władzy.

Niestety, powrót „normalności” pod egidą oczyszczonej z niepokornych polityków PO, z przywódcą, który zapomniał o swej politycznej odwadze sprzed dwóch lat, może oznaczać rezygnację – miejmy nadzieję, że tylko chwilową – z ambitnego projektu wydobycia się Polski z peryferyjności.

Autor jest profesorem socjologii i filozofem społecznym związanym z Uniwersytetem w Bremie oraz Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Współpracuje z „Rzeczpospolitą”

Źródło : Rzeczpospolita "

 

czwartek, 27 września 2007
Świat według "Gazety Wyborczej"

 Artykuł Jana Polkowskiego został wcześniej odrzucony przez "Gazetę Wyborczą". "Rzeczpospolita" postanowiła go opublikować, uznając, że powinien ujrzeć światło dzienne dla dobra debaty publicznej. Jednocześnie zapraszamy Teresę Bogucką lub innego publicystę "Gazety Wyborczej" do polemiki z powyższym tekstem na naszych łamach.  źródło

"Zakwestionowanie nieomylności "Wyborczej" wywołało szok i frustrację. Tylko tak można tłumaczyć publiczne połajanki pod adresem kierownictwa telewizji publicznej, że nie stosuje tych samych przemilczeń i manipulacji co "Gazeta" - pisze dyrektor Biura Zarządu i Spraw Korporacyjnych TVP SA Jan Polkowski

Gazeta Wyborcza" kłamie. Dla wielu środowisk nie jest to szokująca nowość czy odkrycie ostatnich dni. Jednak fakt, że "Wyborcza" kłamie piórem legendy demokratycznej opozycji Teresy Boguckiej ("Świat według TVP" , "GW" 18 września 2007), może być dla wielu prawdziwym zaskoczeniem.

Redaktor Bogucka pod pozorem obrony dziennikarskiego obiektywizmu i rzekomo łamanych w TVP "dziennikarskich kręgosłupów" występuje de facto w obronie monopolu "Gazety Wyborczej" na określanie, kto jest w polityce "dobry", a kto "zły". Bogucka broni prawa "Gazety" do bycia wyrocznią w sferze "postępowości" i "demokracji". Bo dziennikarze i redaktorzy "Gazety Wyborczej" mają poglądy polityczne! I wcale ich nie ukrywają. W każdych wyborach "Gazeta" wyraźnie dawała do zrozumienia, na kogo należy głosować. Obecnie "masterplan" stworzony przez Agorę zakłada powstanie rządu tymczasowego PO - LiD i każdy, kto się tym zamierzeniom sprzeciwia lub choćby ich entuzjastycznie nie podziela, jest wrogiem. W ramach tego planu Bogucka atakuje TVP.

Pieniądze przed prawdą

Jest w tej sprawie drugie dno - ekonomiczne. Chodzi o wielkie pieniądze i nowe rozdanie na rynku mediów elektronicznych. Na tym rynku zakończył się trwający blisko 16 lat okres pionierski. Dotąd telewizje komercyjne rozwijały się kosztem TVP, ale nie naruszały w istotny sposób pozycji nadawcy publicznego. Teraz nadszedł ten moment. Dzieje się to u progu procesu cyfryzacji, przy postępującej globalizacji rynku telewizyjnego i mocniejszym wchodzeniu kapitału zagranicznego.

W tym kontekście krytyka TVP to najtańszy oręż walki konkurencyjnej. Telewizji publicznej próbuje się więc narzucić ustawowy kaganiec, aby przejąć rynek reklam. Gdy to nie skutkuje, następuje atak "publicystyczny". Chodzi o to, aby maksymalnie osłabić TVP przed wejściem w okres cyfryzacji. Chodzi o miliardy złotych. A gdy w grę wchodzą tak wielkie pieniądze, przegrywa zwykła prawda i przyzwoitość.

Znikające fakty

Wróćmy jednak do głównego wątku. W swoim tekście "Świat według TVP" redaktor Bogucka postawiła tezę, iż telewizja publiczna "została zaprzęgnięta do promocji jednej partii". Z publicystyką Boguckiej nie mam zamiaru polemizować: w wolnej Polsce każdy może głosić tezy, jakie chce, a ograniczony jest jedynie przepisami prawa i obawą przed śmiesznością. Tym, co w tekście Boguckiej wymaga polemiki, to próba ubrania jej (i "Gazetowych") marzeń, fobii i obaw w pozory obiektywnego dziennikarstwa. W owym "ubieraniu" przekroczono - moim zdaniem - granicę przyzwoitości i dobrego smaku.

Pisze Bogucka na przykład, iż "widzowie TVP nie dowiedzieli się, że prokuratura oddała doktorowi Mirosławowi G. 170 przedmiotów zabranych mu w czasie aresztowania, a zatrzymała tylko dwie butelki alkoholu i pudełko cygar". Rzeczywiście - widzowie telewizji publicznej nie dowiedzieli się o tym, bo... nie jest to prawdą. Jak w każdej tego typu sprawie są dwie strony prezentujące swoje stanowiska i poglądy: "Gazeta" z nieznanych powodów postanowiła bezkrytycznie przyjąć punkt widzenia obrońców Mirosława G. i stanowczo obstaje przy tezie, że "prokuratura [...] zatrzymała tylko dwie butelki alkoholu i pudełko cygar".

Tymczasem 12 września (na tydzień przed artykułem red. Boguckiej) Ministerstwo Sprawiedliwości wydało komunikat, w którym można przeczytać: "informacje, jakoby zostały oddane wszystkie rzeczy, nie są prawdziwe, wciąż bowiem nie zostało zwróconych około 500 przedmiotów (butelek z alkoholem, piór, wartościowych zegarków)". Zatem może jednak nie trzy sztuki - jak chce "Wyborcza" ("dwie butelki alkoholu i pudełko cygar"), ale 500 przedmiotów, jak zapewnia Ministerstwo Sprawiedliwości ("500 przedmiotów - butelek z alkoholem, piór, wartościowych zegarków").

Nie jest to jednak zwykły błąd, dziennikarskie przeoczenie. "Gazeta" uznała po prostu, że fakty niepasujące do jej aktualnej linii politycznej... nie istnieją. Zostały "unieważnione" decyzją kolegium redakcyjnego. Bo to "Gazeta Wyborcza" nie poinformowała swoich czytelników o stanowisku resortu sprawiedliwości i prokuratury. Uznała, że nie pisząc o pewnych faktach i przemilczając pewne zjawiska, sprawi, że będą one znikały z obszaru dyskursu publicznego.

Z reakcji redaktor Boguckiej wnosić należy, że zakwestionowanie nieomylności "Wyborczej" w tych kwestiach wywołało szok i frustrację. Tylko tak można bowiemtłumaczyć publiczne połajanki pod adresem kierownictwa telewizji publicznej, że nie stosuje tych samych przemilczeń i manipulacji co "Gazeta". To właśnie istota sprawy: "Gazeta Wyborcza" postanowiła poprawić rzeczywistość i zmyśliła fakty ("dwie butelki alkoholu i pudełko cygar"), ignorując stanowisko drugiej strony. Po czym zaatakowała TVP, że tego "Gazetowego" zmyślenia nie podała na antenie jako prawdy obiektywnej.

Złe przeszczepy "Wyborczej"

Zresztą nie jest to jedyny tego typu zabieg w tekście Boguckiej. Pani redaktor twierdzi, że przyczyną kryzysu polskiej transplantologii jest postępowanie pewnego "medium [które] zaczęło nagonkę". W domyśle: przez TVP bez przeszczepów umierają ludzie, bo telewizja publiczna nagłośniła zarzuty ministra Ziobry wobec doktora G. Zarzut dość absurdalny - wystarczyłoby przejrzenie serwisów informacyjnych wszystkich telewizji (także komercyjnych), aby się przekonać, że konferencja w Ministerstwie Sprawiedliwości "zrobiła czołówkę" we wszystkich programach. W imię czego właściwie TVP miałaby ocenzurować tę wiadomość?

Co zaś do kryzysu polskiej transplantologii, to rzeczywiście ilość przeszczepów istotnie się zmniejszyła. Jednak dane statystyczne pokazują, że nie spadła liczba przeszczepów serca (doktor G. jest kardiochirurgiem), ale... wątroby. Co ciekawe, spadek ten miał najgwałtowniejszy przebieg przed... konferencją ministra Ziobry.

Co się więc stało i jakież to "medium" odpowiada za kryzys w polskiej transplantologii? Otóż wielu lekarzy uważa, że głównym powodem tego stanu rzeczy są... teksty w "Gazecie Wyborczej" z początku roku, opisujące w histerycznym tonie przypadki "zarażenia" białaczką trzech pacjentów po przeszczepach wątroby i nerek. O tonie tych publikacji mogą choćby świadczyć ich tytuły: "Zły przeszczep" ("GW" 29.12.06), "Kolejny chory po przeszczepie" ("GW" 30.12.06), "Przy przeszczepach potrzebna jest czujność" ("GW" 5.01.07), "Białaczka na skutek przeszczepu" ("GW" 8.02.07) lub na przykład "Czy to był błąd lekarzy?" ("GW" 3.02.07). To właśnie po tych tekstach liczba przeszczepów wątroby spadła z 76 zabiegów (styczeń 2007) do 34 (kwiecień), a nerek z 22 do 9 (w tym samym okresie).

Skandalicznie dobrotliwy premier

Oczywiście "Gazeta" może się nie zgadzać z pewnymi działaniami obecnego rządu, może nie lubić pewnych ugrupowań i określonych polityków, ale może lepszym sposobem wyrażania tej niezgody byłoby polemizowanie bezpośrednio z tymi politykami, a nie krytykowanie innych mediów. Tymczasem najgorszą zbrodnią wydaje się być nieprzyjmowanie punktu widzenia "Gazety" przy relacjonowaniu rzeczywistości. Jeżeli fakty nie zgadzają się z linią "Wyborczej" ustaloną na kolegium redakcyjnym, tym gorzej dla faktów tych mediów, które je rzetelnie relacjonują.

Tym bardziej że nie bardzo rozumiem, co właściwie jest głównym zarzutem pani redaktor. Raz "Gazeta" ma za złe TVP, że pokazuje za dużo PiS (ba, przerywa nawet mecz, aby pokazać konwencję tego ugrupowania), by za chwilę tę samą telewizję zaatakować za to, że nie pokazuje wszystkiego i trzeba pokazywać więcej PiS (aby zmieściły się - jak chce redaktor Bogucka - także "obelgi i insynuacje pod adresem przeciwnika").

Najgorszy zarzut, jaki formułuje redaktor Bogucka wobec telewizji publicznej, dotyczy jednak tego, że - o zgrozo! - "TVP lansuje premiera w wersji dobrotliwej, uśmiechniętej i niejadowitej". Zarzut co najmniej dziwny ze strony przedstawicielki redakcji, która świadomie opóźniła o blisko pół roku upublicznienie informacji o największym skandalu III RP (aferze Rywina) tylko dlatego, aby nie psuć w czasie unijnych negocjacji wizerunku dobrotliwego, uśmiechniętego premiera Millera.

Doprawdy trudno zadowolić redaktor Bogucką - ma za złe TVP, że "wycina" niektóre wypowiedzi premiera, ale kiedy "Wiadomości" zamieszczają jego wypowiedź na temat odejścia ministra Sikorskiego, Bogucka stwierdza autorytatywnie, że akurat w tym wypadku wypowiedzieć się powinien poseł Kurski.

Wypieranie ze świadomości

Podobnie z innymi zarzutami. Wbrew temu, co widziała 10 września na "gazetowym" telewizorze redaktor Bogucka, "Wiadomości"poinformowały, że plany podniesienia składki zdrowotnej to wycofanie się premiera z poprzednio zajmowanego stanowiska. Z kolei 12 września "Wiadomości" rzetelnie poinformowały o postanowieniu sądu w sprawie Janusza Kaczmarka. Zarzut redaktor Boguckiej, że zupełnie niepotrzebnie pojawiła się w materiale informacja, iż "środki zapobiegawcze wobec Kaczmarka muszą być wyznaczone jeszcze raz", wydaje się nieco śmieszny, jeżeli porówna się go z tym, co następnego dnia napisała "Gazeta Wyborcza": "Sąd uchylił postanowienie i zwrócił je prokuraturze "do ponownego rozpatrzenia". Ta może teraz wszystko? nie stosować tzw. środków zapobiegawczych, jeszcze raz je nałożyć, a nawet wystąpić do sądu, by b. szefa MSWiA aresztować". (B. Wróblewski, "Nie ma powodu, by Janusz Kaczmarek wpłacał kaucję i nie mógł wyjeżdżać"; "GW" nr 214, wydanie waw z 13.09.2007, Kraj, str. 4 ). Jak to się dzieje, że według redaktor Boguckiej ten sam tekst podany w "Wiadomościach" jest manipulacją, a zamieszczony w "Gazecie Wyborczej" już nie?

I dalej: 13 września TVP podała, że Ryszard Bender to osoba rekomendowana przez krąg Radia Maryja. Szkoda, że redaktor Bogucka nie wychwyciła tego szczegółu. Chyba że jest to dobrze opisany w literaturze psychologicznej mechanizm wyparcia - kiedy umysł odrzuca wszelkie informacje niepasujące do przyjętego i zaakceptowanego wzorca i wypiera je ze świadomości.Z kolei 14 września nie przemilczeliśmy, jak chciałaby tego redaktor Bogucka, informacji, że oskarżona o korupcję Arka Gdynia należy do Prokomu. Zobaczmy jednak, jak potraktowała tę kwestię "Gazeta Wyborcza": "W aferę korupcyjną zamieszanych jest kilkanaście klubów piłkarskich, ale prokuratorzy niespodziewanie zdecydowali się wyłączyć jeden - jak sami przyznali bardzo wąski - wątek sprawy i złożyć akt oskarżenia w sądzie. Dotyczy on Arki Gdynia, klubu należącego do firmy Prokom, której właścicielem jest Ryszard Krauze podejrzewany o udział w przecieku dotyczącym akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa" ("Arka oskarżona o korupcję", Artur Brzozowski; "GW" nr 216, wydanie waw z 15 - 16.09.2007, Sport, str. 35). Kali ukraść krowa - dobrze, Kalemu ukraść - źle.

Dyrektywa Heleny Łuczywo

Przyznajemy się także do innego poważnego "przestępstwa" przeciwko rzetelności dziennikarskiej: oto pozwoliliśmy komentować sprawy związane ze służbami specjalnymi redaktorowi Jerzemu Jachowiczowi. A przecież powinniśmy wiedzieć, że redaktor Jachowicz miał prawo być "autorytetem" w tej dziedzinie tylko do momentu, kiedy pracował w "Gazecie Wyborczej". Po odejściu z redakcji nie powinien być nigdzie zapraszany.

Tak na marginesie: czy nadal obowiązuje w "Gazecie Wyborczej" dyrektywa Heleny Łuczywo z początku lat 90., że dziennikarze "Gazety" nie mogą wyrażać publicznie poglądów sprzecznych z linią programową gazety?

Kompletnym zaskoczeniem jest jednak zmiana stanowiska "Gazety" w kwestii lustracji. Redaktor Bogucka wręcz oczekuje od telewizji publicznej odnotowywania w najważniejszych programach informacyjnych kolejnych przypadków "dzikiej" lustracji. Albowiem "grzechem" TVP było przemilczenie artykułu "Wprost" o rzekomych związkach Jerzego R. Nowaka z wywiadem PRL. Kolejnym zarzutem miało być pominięcie milczeniem rzekomego odkrycia teczek najbogatszych Polaków inwigilowanych przez WSI. A gdzie dziennikarski obiektywizm? Gdzie weryfikowanie rzekomych sensacji?

Powyższe przykłady pokazują, jak nieprawdziwe, wręcz absurdalne są zarzuty stawiane przez "Gazetę Wyborczą" TVP. Dla Teresy Boguckiej zarzutem okazuje się nawet to, że TVP informuje o czymś dokładnie tak samo jak... jej macierzysta redakcja. Przy takim natężeniu złej woli trudno o spokojny dyskurs i wymianę racjonalnych argumentów.

Jan Polkowski"
reaktywacja
poniedziałek, 07 maja 2007
Komitet Pamięci Ofiar Stalinizmu o Geremku

Wiem, wiem, zaprzątanie czytelnikom głowy wyborami i postawami obecnych autorytetów w czasach stalinowskich to antysemityzm i oszołomstwo. Ale niech tam....

"Od wielu lat Komitet Pamięci Ofiar Stalinizmu zwracał uwagę kolejnym ekipom władz PRL , a także III RP i IV, na stalinowską przeszłość Bronisława Geremka. Bronisław Geremek w najbardziej ponurym okresie PRL, w latach 50-tych należał do grupy uprzywilejowanej, wyróżniał się nadgorliwością i służalczością wobec reżimu stalinowskiego. Jako aktywny działacz partyjny na Uniwersytecie Warszawskim sprawił lub przyczynił do uwięzienia nieprawomyślnych studentów. W wyniku jego nadgorliwości jeden z naszych członków –( założycieli Komitetu Pamięci Ofiar Stalinizmu) więziony był we Wronkach. Od roku 1989, od momentu powołania Komitetu Pamięci Ofiar Stalinizmu, pan Józef Chlabicz, bezskutecznie domagał się, przynajmniej publicznych przeprosin. W złożonej deklaracji członkowskiej pisze on. m.in. ...pragnę prosić stalinowca, doc. Geremka, aby mnie publicznie przeprosił . Oprócz niego przyjmę przeprosiny od płka Baumana ”.(1) Geremek za swoją nadgorliwą współpracę ze stalinowskim reżimem nagrodzony został stypendium naukowym we Francji, a następnie stanowiskiem dyrektora Ośrodka Kultury Polskiej w Paryżu. W tamtych okresie paszporty wydawano tylko zasłużonym i pewnym aktywistom reżimu. Także w następnych latach władze PRL korzystały z jego służalczości i nagradzały za gorliwość. To haniebna przeszłość, a nie jakieś względy moralne, skłoniły B. Geremka do odmowy podpisania oświadczenia o nie uwikłaniu we współpracę ze służbami specjalnymi i SB. Dlatego tego rodzaju oświadczenia nie może on podpisać, bo musiałby skłamać."

czwartek, 12 kwietnia 2007
Najciekawsze blogi według Wprost

 

czwartek, 08 marca 2007
IV Rzeczpospolita warta jest dymisji Wildsteina
Dzisiejszy wywiad Rzepy z premierem ze specjalną dedykacją dla Ziemkiewicza, Karnowskich i Janke
wtorek, 16 stycznia 2007
Antykatolickie mity Święta Inkwizycja

 W czasie niedoszłego ingresu, który przeistoczył się w dziękczynną homilię z okazji 25 lecia posługi Prymasa, moją uwagę zwróciło odwołanie się Prymasa do Inkwizycji. Mniej więcej brzmiało to tak, że dziennikarze, publicyści katoliccy stają się inkwizytorami, w domyśle krwiożerczymi i nieuprawnionymi sędziami w sprawie. Wstrząsające, że najwyższy hierarcha Kościoła w Polsce nie zna zupełnie elementarnej historii Kościoła i posługuje się lewicowymi, polityczno poprawnymi kalkami myślowymi.

Sądzę, że to dobra okazja aby poczytać czym była dla średniowiecznej Europy i katolicyzmu instytucja Sanctum Officium.

Ja, wgłębiając się w tę tematykę zastanawiałem się jak bardzo czarna legenda Inkwizycji wpływała przez całe lata na mój pogląd na historię. Począwszy od filmów poprzez książki, obrazy wszystko kształtowało mnie jako konsumenta kultury anglojęzycznej , no ewentualnie francuskiej. Jeżeli nurt anglojęzyczny to nienawiść do Napoleona, Francji jako głownej konkurentki w Europie, no i oczywiście nienawiść anglikańskiego społeczenstwa i państwa do papiestwa. Jeżeli Francja to modernizm, rewolucja francuska i wreszcie encyklopedyści jako ci, od których wszystko co "rozumne" wzięło swój początek. O katolickim imperium Hiszpanii, wiemy tylko to co napisali i rozgłosili po Europie jej odwieczni wrogowie, Anglicy. Ten czarny PIAR troche mi przypomina działalność opłacanego i uwodzonego przez carycę Katarzynę, Woltera wygadującego o Polsce niestworzone bzdury.

ciąg dalszy nastąpi

 
Polecane artykuły

Rafał Ziemkiewicz Stosy kłamstw o Inkwizycji

Adam Gwiazda Obrona Inkwizycji

niedziela, 24 grudnia 2006
Boże Narodzenie
Spokoju, rodzinnego ciepła i radości ...
środa, 20 grudnia 2006
Urban proponował Waltera
"W 1983 r. rzecznik rządu Jerzy Urban proponował utworzenie nowego pionu do czarnej propagandy. Czołową rolę miał w nim odegrać Mariusz Walter, późniejszy współtwórca ITI"

 "Propaganda - czym była w czasach PRL, wie każdy, kto wtedy żył i działał w opozycji. Jak zauważa Grzegorz Majchrzak z IPN, Komitet Helsiński uznał, że pełniła ona funkcję represyjną. Czołową postacią propagandy był, szczególnie od momentu powstania "Solidarności", Jerzy Urban. Od chwili wybuchu stanu wojennego do takich działań włączono też wojsko i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. W lutym 1983 r. Urban zaproponował utworzenie w resorcie gen. Czesława Kiszczaka specjalnego pionu służby propagandowej, który miał się zająć głównie programowaniem i realizacją "czarnej propagandy". Wśród trzech propagandzistów zaproponowanych MSW przez Urbana znalazł się Mariusz Walter, dziś członek rady nadzorczej TVN."

całość Nasz Dziennik

niedziela, 17 grudnia 2006
Augusto Pinochet - belka w oczach czerwonych

 "Niewielu polityków w XX wieku miało tak złą i kłamliwą legendę jak generał Augusto Pinochet. Lewicowe salony swoją propagandą uczyniły go w oczach opinii publicznej faszystą, diabłem wcielonym i mordercą. Lewicowy „humaniści” chętnie za to usprawiedliwiają Stalina, Fidela Castro, Che Guevarre czy Mao. Jak pisze dr Roman Konik

„Stałym i charakterystycznym propagandowym zabiegiem lewicy jest to, że zawsze musi ona wedle dialektycznych założeń mieć wyraźnego i czytelnego wroga. Jeżeli takowego nie ma ,to tworzy go sama na potrzeby propagandowe. Tworzy go na wzór anty-ikony, uosobienia wszelkiego zła, czarnego Luda, jest to stały element misternie budowanej lewicowej wizji świata”.

Czym więc zawinił Pinochet? Jakie są jego grzechy? Dlaczego podstępnie chce go się sądzić za zbrodnie przeciw ludzkości? Odpowiedź jest prosta- był jednym z ogniw w łańcuchu Reagan-Jan Paweł II w wojnie przeciw uwielbianemu przez lewaków komunizmowi (...)"

całość: Prawica.net

i jeszcze jeden artykuł wart przeczytania 

środa, 13 grudnia 2006
25 rocznica wprowadzenia stanu wojennego

 Po raz pierwszy od 25 lat, które minęły od wprowadzenia stanu wojennego mam poczucie, że przywraca się ludziom ich prawdziwą historię. Pierwszy raz w ciągu ostatnich 18 lat ten czas jest poświęcony tym, którzy ze stanem wojennym walczyli a nie tym którzy go wprowadzali. Jeszcze rok temu byłyby wywiady z Jaruzelskim, Rakowskim, Kiszczakiem. Stronę solidarnościową reprezentowaliby Michnik a rocznica byłaby dobrą okazją aby "przypomnieć", że wolną Polskę zawdzięczamy Kuroniowi, Geremkowi i Wałęsie. Wszyscy zapewnialiby o swoim patriotyźmie i o "polskiej racji stanu". I efektem takiej rocznicy, jak i każdej poprzedniej, byłby postępujący mętlik w głowie statystycznego Polaka. Nic dziwnego, że 50 % Polaków popiera stan wojenny skoro przez 25 lat byli poddawani permanentnemu praniu mózgów. Nawet w wolnej Polsce przez cały czas sączono im do głowy wątpliwości i politycznie poprawne schematy myślenia. Stosunek do wydarzeń w najnowszej historii Polski pokazywał, że w mediach III RP nic się nie zmieniało. Ich celem głównym, choć zaowalowanym, nadal była indoktrynacja.

Ze wzruszeniem słuchałem wspomnień prawdziwych bohaterów sprzed 25 lat. Wielu, większośc z nich nigdy do tej pory nie spotkała się z uznaniem dla wyborów, których dokonała 13 grudnia.

Wierzę, że z każdą kolejną rocznicą 13.XII.1981 procent Polaków popierających stan wojenny bądzie malał.

czwartek, 07 grudnia 2006
Semka atakuje Lisa

 "...Przy okazji Lis często załatwia prywatne porachunki. Oto na łamach ostatniego "Pressa" - pod myląco łagodnym tytułem "Kłóćmy się" - wzywa do totalnej wojny w środowisku dziennikarzy, a zaatakowanymi tym razem są niegdysiejsi koledzy Tomasza Lisa z Telewizyjnej Agencji Informacyjnej: Jacek Łęski i Agnieszka Romaszewska. Padają wobec nich - i wobec innych - oskarżenia największego kalibru. Od frustracji do zawodowego nieudacznictwa. Tyle tylko, że zamiast dowodów pojawiają się insynuacje. Lis wzywa do zimnej wojny domowej w środowisku dziennikarskim, obłudnie dodając, by nie uderzać poniżej pasa. Szkoda, że siebie zwalnia ze stosowania tej reguły.

Wszystkie te złośliwości wychodzą spod pióra człowieka, który połączył w swojej osobie niezaprzeczalny dziennikarski talent z bezwzględnością, o jakiej do dziś w TVP krążą legendy. Człowieka, któremu wielokrotnie zarzucano brak obiektywizmu przy relacjonowaniu niektórych politycznych wydarzeń - takich jak odwołanie rządu Jana Olszewskiego w 1992 roku, któremu wypomina się nieprzyzwoity wprost serwilizm wobec dworu Wałęsy. Tomasz Lis na te zarzuty reaguje zwykle z furią. Tekst opublikowany w "Pressie" to modelowy przykład metody " łapaj złodzieja". Bo dyrektora Polsatu najwyraźniej drażnią ludzie, którzy pamiętają go z początku lat 90. i którzy nie mogą zapomnieć, jak Lis na ich oczach uczył się politycznego pragmatyzmu.

Na taki pragmatyzm, na zginanie karku przed Milanem Suboticiem czy Mieczysławem Wachowskim - nie mieli ochoty ani Łęski, ani Romaszewska. Agnieszka znalazła w sobie dość sił, by znosić latami spychanie jej na margines telewizyjnych "Wiadomości", ale Jacek po latach bicia głową w mur odszedł z zawodu. Wielka to szkoda, bo mało w życiu spotkałem ludzi o tak intuicyjnym jak Łęski wyczuciu telewizji.


Marzenia o prezydenturze
Tomasz Lis korzystał wtedy ze swoich pięciu minut. I jeszcze raz powtórzę - bez niezaprzeczalnego talentu nie wykorzystałby ich tak dobrze. Ale pomagała mu też szybko zdobyta wiedza, z kim w TVP nie zadzierać i od kogo się odsuwać, gdy wypadał z łask. Nie mam ochoty na powracanie do dawnych lat, ale jeśli Lis chce dziś oceniać kolegów z początkowych lat swojej kariery - niech liczy się z oceną swojej elastyczności z tamtych czasów.

Gdy w 1994 roku Tomasz Lis wyjechał do USA, uwierzyłem, że chce się oderwać od polityki krajowej. Nie zmarnował tych paru lat - w Ameryce wykazał się dobrym warsztatem, napisał parę książek, uważnie obserwował amerykańskie media. Wszystko to przyniosło niezłe efekty, gdy tworzył "Fakty" w TVN. To była nowa jakość i nowy styl telewizyjnej narracji.

Na przaśnym tle telewizji prezesa Ryszarda Miazka TVN oglądało się całkiem znośnie - choć Lis niekiedy wracał do żenujących ukłonów wobec władzy, jak przesłodzony reportaż-rozmowa z Leszkiem Millerem. Także wypuszczenie przez "Fakty" taśm z Charkowa (ze słaniającym się Aleksandrem Kwaśniewskim), choć nastąpiło dopiero po paru dniach od wydarzenia i było przypudrowane rozmową z Ryszardem Kaliszem, mogło być dowodem, że Tomasz Lis pewne rzeczy zrozumiał. Że oderwał się od politycznych namiętności i chce się skupić na nowoczesnym, dynamicznym dziennikarstwie, którego "Fakty" były dobrą wizytówką.

Ale ta epoka - najlepsza jak dotąd w karierze Lisa - skończyła się w zaskakujący, choć dający do myślenia sposób. Gigantyczna wiarygodność, jaką zdobył Lis w roli twarzy "Faktów" - nadmuchała jego ego. I - jak wiele wskazuje - skłoniła go do marzeń o prezydenturze. Pytany o takie plotki w wywiadach prasowych udzielał dwuznacznych odpowiedzi. Co nie spodobało się jego pracodawcy - więc TVN pozbyła się Tomasza Lisa.

W roli ludzi
Gdyby na talenty Lisa miały wskazywać nie "Fakty" TVN, ale jego dokonania w Polsacie, jego ocena musiałaby być bardziej krytyczna. "Wydarzenia" nie powtórzyły spektakularnego sukcesu "Faktów". Autorski program publicystyczny "Co z tą Polską" stał się raczej sceną do napuszczania na siebie politycznych kogutów niż miejscem szukania odpowiedzi na pogłębione pytania. Kolejne książki Lisa - choć efektownie podane w pseudoamerykańskim stylu - coraz bardziej obracają się wokół banałów.

Być może to zbieg okoliczności, ale zatrzymanie tempa kariery Tomasza Lisa zbiegło się z jego nawrotem do politycznego zacietrzewienia. Wystarczy spojrzeć na jego ostatnie zdjęcia (coraz bardziej zacięta twarz) i posłuchać wypowiedzi (coraz mocniejsze słowa, coraz bardziej neurotyczne ataki i epitety). Lis nie gardzi już wywiadami dla "Trybuny", na której łamach gromi funkcjonariuszy medialnych IV RP, którzy "wykonają każde zlecenie". Inkwizytorski zapał dyrektora programowego Polsatu wywołał ostatnio nawet krytykę Piotra Zaremby, który - chwała mu za to - zawsze stronił od środowiskowych polemik.

Nie wiem, jaki ogień wywołuje zapalczywość Tomasza Lisa. Ostrość i zacietrzewienie jego ataków utrudniają jakąkolwiek rzeczową dyskusję. A szkoda, bo wiele jego argumentów - dotyczących choćby medialnego zadufania polityków PiS - jest uzasadnionych. Jestem też przekonany, że Lis, wygłaszając płomienne ataki na PiS, nie jest platformerskim politrukiem. Sądzę, że jest tak zapatrzony w siebie, iż często irytują go także platformersi. Że w jego oczach Tusk i Rokita są za mało radykalni w wojnie z PiS i zbyt łaskawi wobec dziennikarzy, których on sam uważa za piątą kolumnę "Kaczorów".

Obiekt wyjątkowo emocjonalnych ataków Tomasza Lisa Piotr Skwieciński z PAP trafnie chyba wskazał niedawno na łamach "Dziennika" przyczyny nerwowych reakcji dyrektora Polsatu: "To frustracja człowieka, który do niedawna należał do szczupłego grona medialnych bogów, decydujących nie tylko o tym, co zrobią oni sami lub redakcje im podległe, ale też o tym, w jaki sposób ma myśleć i działać cała medialna społeczność.

Dziś sytuacja w pewnym stopniu uległa zmianie. Decydenci zeszli z roli medialnych bogów do roli ludzi. Nadal bardzo wpływowych, bardzo istotnych, bardzo ważnych, ale już tylko ludzi. To musi boleć i jak widać po wypowiedziach Lisa - boli bardzo". Źle się dzieje, gdy dynamiczny publicysta zamienia się w charakteropatę gromiącego adwersarzy bez opanowania. Na zapalczywości swojej sztandarowej postaci traci Polsat. Traci też swoją dawną pozycję sam Tomasz Lis - napisał Piotr Semka we wczorajszej "Rzeczpospolitej".

Tomasz Lis powiedział nam wczoraj, że nie zamierza odpowiadać na artykuł Semki."

całość Wirtualne media  21.11.2006

środa, 06 grudnia 2006
CZY POLSCE GROZI NEONAZIZM?
"Prawo nie mówi, jakie mają być pochodnie  źródło

Gdybym był młodym człowiekiem, nie wiedziałbym o historii tyle, ile wiem, ale widziałbym, że Hitlera, nazistów na wyścigi potępiają ludzie, których znam jako wyjątkowych szubrawców - to odruchowo też bym się nazizmem przynajmniej zainteresował - mówi publicysta "Najwyższego Czasu"

opinie_a_2-1.F.jpg
Stanisław Michalkiewicz

Rz:Czy w Polsce odradza się faszyzm?

Stanisław Michalkiewicz: To źle postawione pytanie. Ono sugeruje, że w Polsce nazizm był mocny i ktoś go tutaj wytępił. A teraz przez nieuwagę nadzorcy nazizm się odradza.

Ale właśnie takiego sformułowania używa część polityków, którzy zaznaczają, że odradzanie się faszyzmu to zagrożenie dla Polski.

To element kampanii, która wpisuje się od dawna w nurt stopniowego zdejmowania z Niemiec odpowiedzialności za hitleryzm i zbrodnie wojenne. Poszukuje się winowajcy zastępczego i próbuje przerzucić odpowiedzialność na Polskę. Dlatego przestrzegałbym przed lekkomyślnym używaniem sformułowania o odradzaniu faszyzmu.

Sojusz Lewicy Demokratycznej zapowiedział wniosek o delegalizację Młodzieży Wszechpolskiej. Co pan na to?

Mnie ten wniosek nie zaskoczył. SLD jest politycznym, ideologicznym i nawet prawnym spadkobiercą PZPR, która tylko dzięki gwarancjom udzielonym przez lewicę laicką komunistom przy Okrągłym Stole nie została uznana za organizację przestępczą. To hipokryzja SLD, który chce w ten sposób odwrócić uwagę opinii publicznej od własnej zbrodniczej tradycji. Sojusz realizuje - nie wiem czy na zamówienie - oczekiwania Niemiec...

Niepokoi mnie, gdy widzę filmik z imprezy w Zabrzu, na której młodzi ludzie, wśród nich działaczka wszechpolaków, palą pochodnie w kształcie swastyki i wznoszą hitlerowskie okrzyki.

A mnie nie niepokoi. Traktuję to w kategorii wygłupu. Dziwi mnie natomiast to nagromadzenie przypadków. Filmik nakręcił przed dwoma laty jeden z uczestników imprezy. Teraz nagle sobie o tym przypomniał i w podskokach przyniósł go do redakcji "Dziennika", który jest własnością niemieckiego koncernu Axel Springer. To nie przypadek, że histerię o odradzaniu się nazizmu w Polsce rozpętała gazeta należąca do Niemców. A stało się to po tym, gdy Polska złożyła weto w sprawie umowy handlowej pomiędzy Unią Europejską a Rosją, które wystawiło na ciężką próbę strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie. Nie wykluczam, że Niemcy postanowiły zrobić w Polsce porządek. I najlepiej zacząć od nazizmu, bo naziści są dobrzy na wszystko.

To teoria spiskowa.

Historia świata jest rejestrem różnych spisków.

Imprezę w Zabrzu nazwał pan wygłupem. Tak samo określa pan zachowanie uczestników manifestacji przeciw marszom równości w Krakowie czy Poznaniu, gdy pozdrawiano się hitlerowskim gestem Sieg heil? Albo uwiecznionych w tym geście na zdjęciu wszechpolaków?

To ludzie, którzy nie potrafią w inny sposób dać wyrazu niechęci do homoseksualizmu czy sprzeciwu wobec jego promocji . Gdybym był młodym człowiekiem, nie wiedziałbym o historii tyle, ile wiem, ale widziałbym, że Hitlera, nazistów na wyścigi potępiają ludzie, których znam jako wyjątkowych szubrawców - to odruchowo też bym się nazizmem przynajmniej zainteresował. Faszyzm w Europie jest - i to coraz silniejszy. Tylko ludzie szukają go nie tam, gdzie trzeba. Europa jest zagrożona faszyzmem, który przybrał postać politycznej poprawności. Jeżeli w ramach politycznej poprawności przygotowuje się takie narzędzia terroru jak europejski nakaz aresztowania, gdzie przedmiotem represji mają być poglądy uznane za nieprawidłowe, to dla mnie to jest właśnie faszyzm. On nie polega na wyciągnięciu do góry ręki, ale na przekonaniu, że państwu wolno wszystko. Państwo decyduje, jak się ubierać - tak jest we Francji.

Nie dostrzega pan niczego złego w zachowaniach nawiązujących do ideologii nazistowskiej, w przekraczaniu powszechnie akceptowanych granic?

Sformułowania, których pani używa, dowodzą, że pani też jest zarażona faszyzmem. Co to znaczy powszechnie uznawane granice, poglądy? Kto je wyznaczył? To jest faszystowskie myślenie.

Dla pana nie ma żadnych społecznych norm? Dla mnie, gdy młody człowiek publicznie wykrzykuje hitlerowskie pozdrowienia, łamie prawo i narusza pewne akceptowane społecznie granice.

Granicą nieprzekraczalną jest dla mnie zasada, że co nie jest zakazane, jest dozwolone. W kodeksie karnym jest przewidziana kara za nawoływanie do nienawiści czy przestępstw. Ale nie ma mowy o tym, jakie formy powinna przybierać ekspresja uczuciowa. Choćby ta impreza w Zabrzu - jakie tu prawo zostało złamane? Czy prawo mówi, jaki kształt mają mieć pochodnie? Czy prawo mówi, jakie okrzyki można wznosić na imprezie? Ta dyskusja to tak naprawdę dyskusja o wolności słowa. A w wolnym kraju każdy powinien móc przedstawiać własne poglądy, nawet gdy innym się nie podobają.

Przyjmując taką argumentację, musielibyśmy dać wolną rękę tym, którzy szerzą antysemityzm, rasizm, nietolerancję religijną...

I to jest bardzo ważne! Taka wolność wyrażania poglądów oznacza, że dyskurs społeczny jest autentyczny.

Opozycja uważa, że zachowania Młodzieży Wszechpolskiej to promowanie faszyzmu. Część polityków dodaje, że niedopuszczalne są powiązania z wszechpolakami wicepremiera i lidera LPR Romana Giertycha.

Nie zostało udowodnione, że imprezę w Zabrzu zorganizowali wszechpolacy. Tam była tylko jedna panienka z MW, która dopiero później została asystentką posła do Parlamentu Europejskiego z LPR Macieja Giertycha. To nie obciąża ani wicepremiera, ani LPR. Ja jestem przeciwnikiem odpowiedzialności zbiorowej. Uważam, że Młodzież Wszechpolska - w odróżnieniu od innych organizacji młodzieżowych, które powstają tylko po to, by wyciągać pieniądze od UE i od rządu - jest organizacja ideową. Hołduje idei nacjonalizmu. I dlatego jest zwalczana. Ale nacjonaliści, narodowcy nie są groźni."

rozmawiała Magdalena Kula
wtorek, 05 grudnia 2006
Do księgarni: Marsz ! R Ziemkiewicz- Michnikowszczyzna Zapis choroby

Ten facet lepiej pisze niż śpiewa. Polecam

 " (...) Jak mawiają Amerykanie — It’s nothing personal, man. To nie jest sprawa osobista. Michnik nie sprawuje już rządu dusz, trudno powiedzieć, czy jeszcze kieruje bodaj swoją własną gazetą (w chwili gdy piszę te słowa, od wielu miesięcy wydaje się, że nikt nią w ogóle nie kieruje) — ale jad, który wsączył w polskie umysły, wciąż je zatruwa. Fałsze, które upowszechniała jego propaganda, wciąż pokutują w publicznych sporach, a absurdy, które podniósł do roli aksjomatów, wciąż dla wielu pełnią rolę drogowskazów. Nie wolno milcząco przejść nad nimi do porządku dziennego, i bez wchodzenia w polemikę, bez refleksji głosić rzeczy diametralnie sprzecznych. Choć polska ociężała umysłowo inteligencja właśnie tak najbardziej lubi — gotowa równie gorąco przyklaskiwać i temu, co mówi, że czarne, i temu, co dowodzi, że białe, byle owej sprzeczności nie eksponować, byle było słodko, miło, przyjemnie i bezkonfliktowo.

Tak, Adam Michnik poniósł klęskę. Praktycznie na wszystkich możliwych polach. Po pierwsze, jako polityczny demiurg — bo partie, którym kibicował, zostały przez Polaków wysłane na grzybki, a liderzy, których kreował, musieli odejść, nierzadko z wściekłością, że — jak publicznie pożalił się przy mnie jeden z nich — ludzie na każdym spotkaniu każą mu się tłumaczyć z bruderszaftów Michnika i w ogóle postrzegają jego partię jako przybudówkę do „Gazety Wyborczej”. Po drugie, jako orędownik wizji postępowej, socjaldemokratycznej przemiany peerelu w kraj przypominający Francję a nie Irlandię, nie wspominając już o USA — bo Polska poszła ostatecznie w innym niż jej wskazywał kierunku, a jego propagandowe natarcie na „endecki ciemnogród”, zamiast znieść narodową prawicę z powierzchni ziemi, raczej jej pomogło.

Poniósł też klęski bardziej dotkliwe. Jako autorytet moralny — bo człowiek postrzegany powszechnie jako niepokorny, więzień polityczny i odważny dysydent, z własnego wyboru stał się lokajem. Obrońcą nieuczciwie zdobytych przywilejów, dworskim pochlebcą nowych elit władzy, ślepym na gangsterskie rodowody swych nowych przyjaciół, za to z pałkarską gorliwością rozprawiającym się z wyrazicielami powszechnego rozczarowania; z rzecznikami krzywd tych właśnie ludzi, których dawny bunt przeciw niesprawiedliwości wyniósł go do rangi kumpla ministrów i prezydentów. Stał się, mówiąc krócej, chodzącym potwierdzeniem gorzkiej mądrości, iż nie ma bardziej zajadłych reakcjonistów, niż byli rewolucjoniści, którym wreszcie udało się posmakować władzy.

Wreszcie — poniósł klęskę jako intelektualista. I osobiście sądzę, że to może być dla niego najbardziej bolesne.

To jest przykre nawet dla kogoś, kto, tak jak ja, nigdy nie pałał do Michnika sympatią.

Popatrzcie: książki redaktora naczelnego wciąż największej i najbardziej opiniotwórczej polskiej gazety, człowieka, którego nazwisko przywoływane jest w mediach nieustannie, mającego na skinienie dziesiątki klakierów gotowych w każdej chwili wysmarować dowolnych rozmiarów panegiryk, cieszącego się taką sympatią wpływowych mediów, że każdy z tych panegiryków natychmiast zostanie wydrukowany w ogromnym nakładzie, odczytany w radiu i telewizji — książki kogoś tak sławnego i chwalonego od kilku lat ukazują się z adnotacją „zrealizowano ze środków Ministerstwa Kultury”! Cała ta gigantyczna maszyna promocyjna, jaką ma Michnik do dyspozycji, nie jest w stanie zachęcić do kupna jego dzieł grupy ludzi na tyle licznej, aby ich sprzedaż była opłacalna choćby na minimalnym poziomie. Przeciwnicy Michnika, których rzeszy dorobił się równie licznej, jak zwolenników, nie kupują jego książek ze względów oczywistych. Ale zwolennicy? Oni również ani myślą. Owszem, ze szczerym ogniem odprawią rytualne pokłony i potwierdzą, że Michnik jest wielkim mędrcem, ale sami na wczytywanie się w jego mądrości nie mają najmniejszej ochoty. Nie potrzebują w najmniejszym stopniu wgłębiać się w jego rozwlekłe wywody o jakobinach czy „polskim piekle”. Po co? Przecież i bez tego wiedzą, że są one arcymądre i wspaniałe.

Nie mogło być inaczej. Takimi metodami, po które Michnik sięgnął, metodami zakrzykiwania i zamilczania, etycznego szantażu, moralnego terroru, arbitralnego wyrokowania, co podłe, a co szlachetne, wykluczającego wszelkie wątpliwości, wszelką dyskusję — nie można sobie wychować zwolenników innych, niż bezmyślni potakiwacze. To oczywisty skutek pójścia na skróty, postawienia na argument siły, zamiast na siłę argumentów.

A przecież nie jest to jeszcze najgorsze. Najgorsza, tak sądzę, musi być dla niego świadomość — choć nie wiem, czy już ją posiadł — iż klęskę tę zadał sobie sam. Rys autentycznego tragizmu Michnikowi nadaje fakt, że Michnika-intelektualistę zabił nikt inny, tylko Michnik - polityk. Jest coś odrażająco fascynującego, gdy wczytując się w publicystykę Michnika z ostatnich kilku dziesięcioleci (a tę lekcję przerobiłem, i jest ona jednym z istotnych powodów powstania niniejszej książki), obserwujemy, jak staje się ona coraz płytsza, jak potrzeba doraźnego przykopania nakłada kaganiec myślom, jak intelektualista sam się ochoczo kastruje, by osiągnąć maksymalną ostrość zderzenia czerni i bieli. Jak finezja ustępuje miejsca łopatologii, a analiza zanika na rzecz żonglerki faktami, osobami i cytatami, choćby najbardziej karkołomnej, byle tylko pozwalała każdego pisarza, każdą postać historyczną i każdy autorytet zaprząc do bieżących kampanii prowadzonych akurat przez Michnika-polityka.

Znowu — nie byłby ten upadek tak głęboki, gdyby nie otoczenie się klaką, zawsze zachwyconą, zawsze sypiącą komplementami, usłużną. Gotową przyjąć wiwatami każdy pomysł szefa, nawet najbardziej bezsensowny i szkodliwy dla niego samego.

Wielcy myśliciele nie pozostawiają po sobie klakierów. Pozostawiają uczniów, całe intelektualne szkoły. Jeśli ktoś twierdzi, że mam w Michniku cenić myśliciela — proszę, niech mi pokaże, gdzie owi uczniowie Michnika, i na czym polega jego szkoła. Ja, mimo wysiłków, niczego podobnego zauważyć nie mogę. Zamiast spójnej myśli, Michnik, jako autor esejów i książek, pozostawia po sobie tylko pokrętny styl — styl wyróżniający się wielką zręcznością w gmatwaniu spraw prostych, w błyskotliwym prowadzeniu Czytelnika do wniosków całkowicie nielogicznych i stwarzaniu wrażenia, że wnioski te zostały w trakcie wywodu udowodnione — wrażenia, któremu ulec może tylko ten, który na wstępie lektury odżegna się od krytycyzmu i, jak to się dzieje podczas czytania beletrystyki, „zawiesi swą niewiarę”.

Adam Michnik poniósł klęskę, to już dziś oczywiste — ale czy to znaczy, że można udać, iż go nigdy nie było? Że wszystkie tezy, które wygłosił, wszystkie działania, które zainspirował, nie miały miejsca? Przecież ten człowiek zmarnował nam piętnaście lat niepodległości! Współkształtował to kulawe państwo, z którego dziś, gdy piszę te słowa, dziesiątki tysięcy młodych, pracowitych, przedsiębiorczych i nierzadko dobrze wykształconych obywateli wieją na potęgę drzwiami i oknami, do Anglii, do Irlandii, gdziekolwiek, byle dalej, w poszukiwaniu normalnego życia. A zarazem — sam został przez nie ukształtowany. Bo — i to dla mnie jedna z istotniejszych tez tej książki — mimo całej swej politycznej zręczności, Michnik nie stałby się tym, kim się stał, gdyby nie trafił w oczekiwanie na kogoś właśnie takiego. Oczekiwanie, którego możemy i powinniśmy się dziś wstydzić, ale które po roku 1989 było może najważniejszym, a zupełnie do dziś nieopisanym zjawiskiem społecznym.

Adam Michnik zasługuje na sprawiedliwość. Trzeba mu tę sprawiedliwość — jedni powiedzą „wymierzyć”, a inni „oddać”. Ale w każdym razie trzeba się na nią zdobyć. Trzeba wreszcie przynajmniej spróbować.

Oto moja próba. "

sobota, 07 października 2006
Towarzystwo wg Jacka Łęskiego

Polecam doskonały felieton Łęskiego.

Kazimierz Adamczyk, Andrzej Arendarski, Jerzy Baczyński, Hanna Bakuła, Artur Balazs, Leszek Balcerowicz, Bogusław Bagsik, Marek Barański, Andrzej Barcikowski, Marek Belka, Aleksander Bentkowski, Jan Krzysztof Bielecki, Henryka Bochniarz, Marek Borowski, Piotr Buechner, Aleksander Chećko, Wiesław Ciesielski, Włodzimierz Cimoszewicz, Stanisław Ciosek, Włodzimierz Czarzasty, Janusz Czapiński, Gromosław Czempiński, Ewa Czeszejko-Sochacka, Krzysztof Czeszejko-Sochacki, Waldemar Dąbrowski, Stanisław Dobrzański, Jerzy Domański, Waldemar Dubaniowski, Marek Dukaczewski, Kamil Durczok, Tadeusz Drozda, Marek Dyduch, Władysław Frasyniuk, Andrzej Gdula, Bronisław Geremek, Marek Goliszewski, January Gościmski, Witold Graboś, Aleksander Gudzowaty, Jerzy Hertel, Jerzy Hoffman, Roman Jagieliński, Aleksandra Jakubowska, Krzysztof Janik, Grigorij Jankielewicz, Jerzy Jaskiernia, Wojciech Jaruzelski, Włodzimierz Jurkowski, Wiesław Kaczmarek, Ryszard Kalisz, Czesław Kiszczak, Krystyna Kofta, Grzegorz Kołodko, Bogusław Kott, Wojciech Kostrzewa, Jerzy Koźmiński, Ludwik Klinkosz, Jacek Kluczkowski, Piotr Kraśko, Andrzej Kratiuk, Ryszard Krauze, Marek Król, Edward Kuczera, Jan Kulczyk, Aleksander Kwaśniewski, Jolanta Kwaśniewska, Leszek Kwiatek, Andrzej Kwiatkowski, Robert Kwiatkowski, Bogusław Liberadzki, Cezary Lipert, Olga Lipińska, Mariusz Łapiński, Krystyna Łybacka, Janusz Majewski, Andrzej Majkowski, Jacek Merkel, Ryszard Miazek, Adam Michnik, Leszek Miller, Karol Modzelewski, Jan Montkiewicz, Krzysztof Mroziewicz, Sergiusz Najar, Daria Nałęcz, Tomasz Nałęcz, Ireneusz Nawrocki, Zbigniew Niemczycki, Lech Nikolski, Marek Nowakowski (GDS), Paweł Obrębski, Józef Oleksy, Witold Orłowski, Jarosław Pachowski, Janina Paradowska, Longin Pastusiak, Daniel Passent, Stefan Paszczyk, Cezary Pazura, Andrzej Piłat, Janusz Pieńkowski, Paweł Piskorski, Tomasz Posadzki, Leonard Praśniewski, Mieczysław Franciszek Rakowski, Janusz Reykowski, Maryla Rodowicz, Krzysztof Rogala, Dariusz Rosati, Lew Rywin, Irena Santor, Zbigniew Siemiątkowski, Ireneusz Sitarski, Marek Siwiec, Tadeusz Skoczek, Piotr Sławiński, Aleksander Smolar, Wiaczesław Smołokowski, Robert Smoktunowicz, Jacek Snopkiewicz, Stanisław Speczik, Zbigniew Sobotka, Zygmunt (Piotr) Solorz, Michał Sołowow, Jerzy Starak, Janusz Steinhoff, Ludwik Stomma, Cezary Stypułkowski, Bolesław Sulik, Krzysztof Szamałek, Janusz Szlanta, Jerzy Szmajdziński, Andrzej Szarawarski, Jolanta Szymanek-Deresz, Dariusz Szymczycha, Andrzej Śmietanko, Adam Tański, Nina Terentiew, Krzysztof Teodor Toeplitz, Andrzej Turski, Jacek Uczkiewicz, Ryszard Ulicki, Marek Ungier, Jerzy Urban, Mieczysław Wachowski, Marek Wagner, Mariusz Walter, Danuta Waniek, Włodzimierz Wapiński, Jerzy Wiatr, Sławomir Wiatr, Jan Wejchert, Mieczysław Wilczek, Jan Wieteska, Bogusław Wontor, Zbigniew Wróbel, Ryszard Varisella, Sobiesław Zasada, Andrzej Zarębski, Sławomir Zieliński, Grzegorz Żemek.

Jacek Łęski
sobota, 29 kwietnia 2006
 Wywiad  z profesorem Normanem G. Finkelsteinem, autorem głośnej książki " The Holocaust Industry "

Pytanie na marginesie. Dlaczego autorem nie zainteresowały się tzw poważne media? Temat Przedsiębiorstwa Holocaust został  wywołany i upubliczniony przez Michalkiewicza. W wyszukiwarce Finkelstain w  polskim internecie praktycznie nie występuje. Wyjątek stanowią księgarnie i  strony internetowe. Nie rozumiem, dlaczego rozsądny Żyd, nie miotający oszczerstw wobec Polaków, umiejący z  dystansem i obiektywnie podchodzić  do historii jest przemilczywany przez polskie media.  Czyżby Żyd nie uważający Polaków za antysemitów był z definicji  antysemitą?

Casus Filkensteina powinien stanowić przyczynek do dyskusji nie tylko o polakofobii wśród Żydów ale też  zmusza do zadania pytania o jakość mediów i wolność słowa.

Stawiam pytanie.  Która polska gazeta, opiniotwórczy tygodnik, gwiazda telewizyjna opublikuje wywiad profesorem, synem przedwojennych polskich Żydów, który broni Polaków przed  zarzutami o antysemityzm?

W czasie dyskusji o felietonie Michalkiewicza zarzucano mu, że używa  on określenia  Przedsiębiorstwo Holocaust, które to określenie ma jakoby prawo używać tylko autor.  Jeżeli więc Michalkiewicz nie jest OK, to chyba samego autora tego określenia można już chyba zapytać o  jego poglądy? Można czy nie można?  A jeśli można, to czemu nikt nie pyta?

 
1 , 2
teraz na blogu

Nie czytam czerwonego szmatławca reaktywacja statystyki www stat.pl www.michalkiewicz.pl - strona autorska Stanisława Michalkiewicza Prawy Prosty - galba.net.pl Gazeta Polska Kataryna.blox.pl Haribu.blog.onet.pl Geralt.blox.pl Dokwadratu.blogspot.blox.pl Cyberowca.blogspot.com Homester.blox.pl Foxx.salon24.pl reaktywacja
wolnosc.dla.tiszerta.com
Skopiuj CSS