Motto: Miała być demokracja a tu każdy ma własne zdanie Lech Wałęsa
czwartek, 13 marca 2008
Wbijanie PiSu w glebę

 

Jak powszechnie wiadomo PiS to partia przeszłości, grupa nieudolnych frustratów nierozumiejących współczesnego świata skazana na zagładę tak jak dinozaury miliony lat temu. Nie ma kanału telewizyjnego czy stacji radiowej gdzie bez zachowania jakichkolwiek pozorów przyzwoitości czy dbania o obiektywizm flekuje się PiS. PiS, który oprócz tego , że jest anachroniczny jest też żałosny, niekonstruktywny, śmieszny, pokraczny, antyinteligencki... Inwektywy można mnożyć. Nie ma kretynizmu, którego nie wypowiedziano by na temat Kaczyńskich. Mistrzowie pióra pracują 48 godzin na dobę by nie zabrakło antykaczej amunicji. Okazją do kpin i docinków może być wszystko ; prognoza meteo w TVN24, przegląd prasy, gala gwiazd czy relacja sportowa. Niedosyt okazji nie grozi. Niezależnie co powiedzą pisowcy zawsze można wyrechotać i wypaczyć sens ich wypowiedzi. Postępuje ogólnonarodowy program prania Polakom pamięci i zdroworozsądkowego postrzegania świata.

Cóż, na szczęście jest pewna znana każdemu dziecku prawda: balon pompowany bez przerwy musi pęknąć. ;)

wtorek, 11 marca 2008
Nie definiujący się przez stosunek do komunizmu American-Polish Forum

 

Grupa, licząca około 60 osób z pokolenia trzydziestolatków, "nie definiuje się przez swój stosunek do komunizmu" - jak to określił jeden z jej członków, Michal Safianik z Atlantic Council of the United States - i chce zmienić oblicze Polonii amerykańskiej. „ źródło

Przy okazji wizyty Donalda Tuska w Stanach Zjednoczonych objawiło się nowe środowisko Polonii amerykańskiej. O środowisku tym jak dotąd wiadomo niewiele. W googolach pod hasłem American-Polish Forum pojawia się 5 odnośników z tym, że wszystkie związane są z wczorajszym spotkaniem z premierem. Przed poniedziałkiem grupa „nie definiująca się poprzez swój stosunek do komunizmu" była zupełnie nie znana. Nie mogąc znaleźć informacji na temat organizacji pozostaje zainteresować się jedynym przedstawicielem tego „około 60 osobowego środowiska". Wypowiadający się w imieniu tego środowiska Michał Safianik prowadzi nas do Centrum Stosunków Międzynarodowych, którego prezesem jest Eugeniusz Smolar (historia rodziny Smolarów tutaj).

Cóż można powiedzieć o tym nowym , objawionym na amerykańskim bruku przedsięwzięciu? Chyba głównie to że jest i że stanowi alternatywą dla tradycyjnej , popierającej w swojej większości, PiS Polonii amerykańskiej. Warto odnotować spektakularny sukces tego środowiska, które ledwie się zawiązało a już dostąpiło zaszczytu spotkania z goniącym z lotniska na lotnisko premierem. Zachęcam APF do szybkiego otwarcia oddziału w Ameryce Południowej. W końcu będzie jakaś rozsądna alternatywa dla Kobylańskiego. Innym organizacjom polonijnym radzę zbytnio nie podskakiwać. Przecież polonusi nie definiujący się przez stosunek do komunizmu mogą dotrzeć i do nich.

A tak swoją drogą podziwiam ludzi, którzy wiedzą skąd aktualnie wieje wiatr.

sobota, 08 marca 2008
Sen o mediach publicznych

Miałem sen.... Grupa posłów ze wszystkich klubów parlamentarnych zaczęła zbieranie podpisów pod Listem W Sprawie Mediów Publicznych. W Liście stało między innymi o konieczności obrony mediów publicznych, o zagrożeniu kapitału zagranicznego, o postępującym upadku zasad rzetelności dziennikarskiej i takie tam. Potem poszło już z górki. Powstała Komisja, która opracowała strategię reformy mediów publicznych. Komisja po 2 miesiącach zaproponowała konkretne rozwiązania sprowadzające się do trzech zasad

  1. Opcja zerowa.

  2. Zasada synergii mediów publicznych

  3. Zasada politycznego parytetu w organie nadzorczym

    Rozpętała się straszliwa burza. Media prywatne na inicjatywie poselskiej , popartej przez rząd i partie opozycyjne nie zostawiły suchej nitki. Kilkadziesiąt związków zawodowych skutecznie do tej pory paraliżujących jakiekolwiek reformy publicznych mediów oflagowało się, pojawiły się też , na szczęście niespełnione , groźby protestacyjnego samospalenia się Żakowskiego przed Sejmem. W drodze tzw. szybkiej ścieżki legislacyjnej rząd przesłał do Sejmu a ten błyskawicznie uchwalił Ustawę o mediach publicznych. Ustawa rozwiązywała w terminie 1 miesiąca wszystkie dotychczasowe struktury mediów publicznych i powołała na ich miejsce specjalną spółkę z wieczyście zagwarantowanym większościowym udziałem Skarbu Państwa. W spółce znalazło zatrudnienie 40 % wszystkich dotychczasowych pracowników.
    Celem , który postawił sobie ustawodawca było zmuszenie zarządu do zredukowania kosztów do poziomu mediów konkurencyjnych. Ustawa zniosła abonament wprowadzając zasadę odprowadzenia od wszystkich podatników kwoty 100 zł rocznie, emeryci, renciści i najniżej uposażeni płacą 30 % . Ściągnięciem pieniędzy zajmują się Urzędy Skarbowe.
    W wyniku tej prostej operacji dotychczasowy spływ abonamentu będący w istocie narodową ściepą na rzecz polskich mediów staje się 100 %-wy a jednocześnie sprawiedliwy bo nie opiera się już na najbiedniejszych i najstarszych grupach społecznych. W efekcie zmiany klimatu wobec mediów publicznych rząd odstępuje od pomysłu sprzedaży Rzeczpospolitej i odkupując udziały od brytyjskiego Mecomu i zasila nimi nową strukturę. Zarząd nowego ciała , nazwijmy je np. Media Polskie (dlaczego nie, skoro każde niemieckie wydawnictwo ma w nazwie odniesienie do polskości ( Polskapresse, Dziennik POLSKA wydawany przez 100% kapitał NIEMIECKI - to tak dla przykładu) na szeroką skalę stosuje zasadę synergii w obrębie kontrolowanych przez siebie mediów. W efekcie wzrasta nakład Rzeczpospolitej, która dystansuje w sprzedaży egzemplarzowej i powierzchni reklamowej Dziennik, niebezpiecznie zbliżając się do przeżywającej kryzys Gazety Wyborczej.
    Równocześnie , wraz z likwidacją dotychczasowych struktur mediów publicznych Sejm uchyla dotychczas istniejące Prawo Prasowe zastępując je Prawem Medialnym. Nowa ustawa wprowadza obowiązek dochowania rzetelności dziennikarskiej. Sprzeniewierzenie się zasadom rzetelności i etyki dziennikarskiej karane jest grzywną dla dziennikarza i wydawcy. Przestrzegania zasad pilnuje Rada Mediów powołana spośród zlustrowanych i cieszących się szacunkiem nestorów mediów.

i się obudziłem....

PO a media publiczne

Pomysły PO na likwidację mediów publicznych są tak stare ja sama partia. Już w 2001 roku politycy tej partii kwestionowali sens istnienia mediów publicznych . Ważnym argumentem na rzecz ograniczenia a w konsekwencji likwidacji TVP i PR była sympatia i życzliwość mediów prywatnych w momencie odrąbywania przyszłej PO od trupa Unii Wolności. Spotykając się z życzliwością i poparciem politycy PO nie czuli potrzeby wsparcia ze strony mediów publicznych, tym bardziej że media te wtedy znajdowały się pod całkowitą kontrolą SLD. To chyba ten moment jest decydujący w dzisiejszym poglądzie Tuska i jego najbliższego otoczenia na temat polskiego rynku medialnego. To nie odcinanie kuponów, spłata długu wdzięczności z okresu kolejnych kampanii wyborczych ale właśnie 2001 rok to moment kształtowania się dzisiejszych sojuszy i koncepcji. Trudno dziś orzekać czy ówczesne poparcie mediów prywatnych i rozpostarty po dziś dzień parasol ochronny nad PO to owoc zawartego wtedy dealu czy też znacznie bardzie subtelny proces wzajemnego świadczenia sobie uprzejmości.

Znany i opisywany parokrotnie scenariusz polega na zdyskredytowaniu TVP, doprowadzeniu ,poprzez kwestionowanie sensu płacenia abonamentu, do kryzysu finansowego. Kolejny krok to ograniczenie produkcji i likwidacją bądź sprzedaż anten. Nie trzeba być szczególnie lotnym by nie dostrzec że strumień reklam i widzów w sposób oczywisty przejdzie do mediów prywatnych. W ten sposób dokona się demontaż mediów publicznych. ( Tak na marginesie pierwszą ofiarą będzie Polskie Radio a zwłaszcza anteny regionalne , Trójka i Program 2.)

Po zrealizowaniu tego planu PO ma dożywocie jeżeli chodzi o wdzięczność Waltera i Solorza. Mając takie zaplecze medialne ma się właściwie pewność bezterminowej dominacji w polityce. Ten scenariusz to dowód bezprzykładnego cynizmu. Wiele złego można powiedzieć o stosunku SLD do telewizji publicznej. Jednak ani Miller ani Buzek, ani żaden rząd po 88 roku nie podejmował działań zmierzających do likwidacji mediów publicznych . Mieliśmy swoisty rozkołys polegający na dążeniu każdej nowej władzy do wyrwania TVP z rąk przegrywającej wybory partii.

Media muszą być upolitycznione

Wydaje się że racjonalnym działaniem odpowiedzialnej partii politycznej powinny być dążenie do likwidacji owego rozkołysu. Interesem wszystkich powinien być consensus w sprawie mediów publicznych. Media publiczne będą wtedy wartością gdy wpływy poszczególnych partii , grup interesów będą się wzajemnie równoważyły.

Nie jestem fanem Urbańskiego ale wydaje mi się , że w skrajnie trudnych okolicznościach stara się on budować właśnie taki mechanizm, w którym żadna z partii nie może mówić o niedopuszczaniu jej do społecznej dyskusji ale też o żadnej z partii nie można powiedzieć , że uzyskała na media polityczny wpływ. Fałszywym mitem , który zaważył na dzisiejszym postrzeganiu mediów publicznych jest apolityczność mediów. W demokratycznym , pluralistycznym kraju, gdzie poprzez media politycy komunikują się z wyborcami, polityzacja mediów jest nieuchronna. Ważne jest aby wpływy polityczne w mediach publicznych się wzajemnie znosiły i aby każde ważne społecznie i narodowe poglądy mogły być artykułowane.

Polityka ne jest , do licha, czymś wstydliwym i niemoralnym. Jest narzędziem umożliwiającym wpływanie obywateli na swój kraj. Bez komunikacji między politykami a wyborcami i bez publicznego sporu konkurujących ze sobą partiii nie ma ma możliwości funkcjonowania państwa. Największą wartością , obok roli kulturotwórczej i edukacyjnej jest właśnie możliwość oddawania programów politycznych partii, poglądów polityków pod osąd społeczny. Obecność polityki w mediach publicznych to też jest Misja.

Jak bardzo potrzebne są pluralistyczne media pokazały ostatnie wybory i zachowanie Gazety Wyborczej i telewizji prywatnych. Teza ( głoszona wprost m.in. przez A

Ważną sprawą jest też zgoda polityków na konkurowanie mediów publicznych z mediami prywatnymi. Niezależnie od tego co różni poszczególne partie, działanie Czabańskiego i Darskiego zmierzające do pokrycia kraju sygnałem PR1 powinna być wspierane. To samo dotyczy koniecznych reform TVP, zwłaszcza w kontekście zbliżającej się cyfryzacji telewizji. To wszystko może, wręcz powinno, być polem współpracy między głównymi partiami. Rozsądny rząd powinien takie działania wspierać , wręcz inspirować. Czym innym jest dążenie do uzyskania wpływu na publiczne media, a czymś zupełnie innym jest dążenie do ich likwidacji bo ma się pewność, że interesy polityczne będą chronić wdzięczne „ do grobowej deski" media prywatne.

Znaczenie mediów publicznych jest ważne z jeszcze jednego punktu widzenia . Poza wszelką wątpliwością są to media polskie. W zalewie prasy niemieckiej stanowiącej ponad 80% rynku, wobec nomenklaturowego i połączonego ( teraz lub w przyszłości) z kapitałem zagranicznym biznesu radiowo telewizyjnego, media publiczne są niebywałą wartością. Można zadać pytanie czy kraj, w którym nie istnieją narodowe media jest jeszcze państwem niepodległym czy może mamy już do czynienia z politycznym, gospodarczym i kulturowym kolonializmem. Kolonializmem realizowanym pod płaszczykiem integracji europejskiej.

Media publiczne to ostania szansa budowania tożsamości narodowej, równoprawnej dyskusji w której znaczenie nie będą miały koneksje polityczne i cenzus majątkowy a jedyne wartość głoszonych poglądów.

To czy uda się je uchronić nie zależy juz od odpowiedzialności Platformy i mądrości jej liderów ale od skali sprzeciwu partii i środowisk rozumiejących czym się to wszystko może skończyć.

 

piątek, 07 marca 2008
Apolityczność mediów według PO na przykładzie Radia Gdańsk

 

Krzysztof Luft został powołany przez Ministra Skarbu Państwa na nowego członka Rady Nadzorczej Radia Gdańsk. Zastąpił Andrzeja Dorniaka, który zmarł w grudniu po ciężkiej chorobie.

Krzysztof Luft jest absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Znamy go jako prezentera i dziennikarza, a także - rzecznika w rządzie premiera Jerzego Buzka.

Do niedawna prowadził własną firmę doradczą z zakresu komunikowania i Public Relations. W 2004 roku wstąpił do PO."

To jak to miało być z publicznymi mediami? Apolityczność? Ludzie kultury? Autorytety moralne? Warto pamiętać, że w Zarządzie Radia Gdańsk zasiadał nasz nieoceniony Sławomir Nowak. Oczywiście też w wyniku demokratycznych procedur.

piątek, 08 lutego 2008
Pytania do Pawlaka - Apel do blogerów

 

Na swoim blogu Kataryna zadała premierowi Pawlakowi kluczowe pytania dotyczące okoliczności umorzenia prawie 461 milionów złotych kary spółce J&S. Dla wzmocnienia przekazu proponuję blogerom umieszczenie tych pytań w swoich blogach. Może ta akcja  pomoże w wyjaśnieniu okoliczności tej tajemniczej decyzji.

Pytania Kataryny:

 

" Czy kiedykolwiek Waldemar Pawlak lub jego współpracownicy spotkali się z przedstawicielem spółki J&S lub firm ją obsługujących lub otrzymali od niej jakiekolwiek materiały informacyjne dotyczące sprawy rezerw paliwowych?"

 

'Dlaczego decyzja o wznowieniu postępowania została podjęta dopiero jak się zrobiło gorąco wokół decyzji Pawlaka a nie od razu? Dlaczego czekano blisko dwa miesiące z wznowieniem postępowania skoro podobno decyzja została anulowana tylko dlatego, że ze względu na błąd formalny i była nieskuteczna?"

 

sobota, 02 lutego 2008
Kurski w komisji do spraw nacisków?

 

W sobotę wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski powiedział w TVN24, że zagłosuje za ewentualną kandydaturą Kurskiego. "Będę głosował za tą kandydaturą, bo już nie wypada dalej blokować. Mówiliśmy, że jedynym wyjątkiem jest Macierewicz i trzeba być konsekwentnym" - powiedział. „

Niesiołowski gotów popierać Kurskiego. Hmm. I nikogo to nie dziwi? Cóż. Nie wiem czy i jakie szanse ma Jacek Kurski na wejście z ramienia PiSu do Komisji Śledczej. Wiem jednak, że jeżeli PO skwapliwie wyraża zgodę na kandydata, który nie jest jeszcze oficjalnie nominowany przez swoją partię to warto się nad tym casusem chwilę zastanowić. Dlaczego Niesiołowski, zapewne nie bez porozumienia z władzami PO, już z góry zgadza się na kandydaturę Kurskiego?

Sądzę, że powody są dwa.

Pierwszy to taki, że Kurski ma przyprawioną na stałe Gębę oszołoma, agresywnego polityka o niewyparzonym języku, którego będzie stosunkowo łatwo sprowokowac do ostrych , czasami kontrowersyjnych wypowiedzi. Jest oczywistością, że taki wykrzywiony obraz Kurskiego media i trójkoalicjanci będą cały czas prezentować w swoich wystąpieniach. Każda merytoryczna wypowiedź czy wniosek Kurskiego będzie zabijany Dziadkiem z Wermachtu lub Aferą Bilbordową.

Drugim powodem, dla którego trójkoalicja gotowa jest się zgodzić na Kurskiego to jego nieznajomość służb specjalnych. Nie jest prawnikiem, nie miał nic wspólnego z pragmatyką tych służb. Nie miał też do tej pory bezpośredniego kontaktu z Macierewiczem, który powinien stać się cienieniem tej komisji, recenzującym jej posunięcia i kierunek prac.

To wszystko niestety powoduje , że z punktu widzenia mediów i PO Kurski jest idealnym, bo łatwym do zdyskredytowania, przedstawicielem PiSu.

ab21a7d316f7a0228a7cec34d0beb76b 

piątek, 01 lutego 2008
Nieustraszony Pogromca Morderców Laptopów

 

 

sobota, 26 stycznia 2008
Demokraci, ofiary politycznej poprawności

 

Trzeba mieć doprawdy iście prometejską wiarę w swoją wizje społeczeństwa amerykańskiego, aby zdecydować się na wystawienie do wyborów prezydenckich kobiety i mulata. Niezależnie, kto wygra będzie to wybór historyczny. Pierwsza w historii kobieta prezydent ( do tego była Pierwsza Dama) lub mulat. Sztab Demokratów uznał, że całe społeczeństwo amerykańskie jest tak wrażliwe społecznie jak, nie przymierzając Nowy York i Hollywood. Właściwie to dziwię się, że demokratyczni sztabowcy nie pociągnęli tematu do końca. Po co iść na zgniłe kompromisy; a dlaczego nie kobieta, mulat w jednej postaci? Przecież elektoraty kandydata kobiety i kandydata mulata wcale nie muszą się pokrywać. Tylko mulato kobieta ma największe szanse na pokonanie prowincjonalnych buraków z zabitych dechami stanów. Ale jest pomysł jeszcze lepszy niż kobietomulat. Otóż spełnieniem wizji o oczekiwaniach przeciętnego zjadacza hamburgerów w temacie Prezydent USA z pewnością byłby Murzyn wyznający ortodoksje Żydowską, do tego Gej zbierający datki na walkę z AiDS. Prawda, że genialne i inspirujące? Jak nie głosować na takiego kandydata nie narażając się na zarzuty o antysemityzm, obskurantyzm i brak wrażliwości społecznej. A tak na poważnie. To co dzieje się w obozie Demokratów, ten chocholi taniec oszołomstwa i brania ideologii za rzeczywistość to piękny przykład na udowodnienie tezy, że jak Bóg chce kogoś pokarać to mu rozum odbiera. Po dwóch kadencjach republikanów, gdy wiadomo że wahadło sympatii przechyli się nieuchronnie w ich stronę wystarczyło umiejętnie dystansować się od polityki Busha by centrowi, będący języczkiem u wagi wyborcy przerzucili swoje głosy na Demokratów. A tak, może się okazać , że Republikanie otrzymają piękny prezent w postaci demokratycznego kandydata na prezydenta, który nie ma szans na zwycięstwo w wyborach powszechnych.

PS. Nie mam nic do mulatów ani tym bardziej do kobiet.

środa, 09 stycznia 2008
Wieluń a nie Westerplatte - 60 rocznica wybuchu II Wojny Światowej

Pojawiają się dobre pomysły uprawiania tzw polityki historycznej. Na wczorajszej konferencji prasowej Zalewski, Ujazdowski i Selin zaproponowali europejski wymiar obchodów 70 rocznicy wybuchu II wojny światowej. Nie mogąc uzyskać ustępstw w sprawie Centrum Wypędzonych, tym głośniej trzeba mówić o własnej historii. Jeżeli w Europie nie będzie wiedzy o tym czym był pakt Ribentrop-Mołotow, Armia Krajowa, rząd londyński itp. to nie trzeba być szczególnie przenikliwym żeby podejrzewać że, jedyną wiedzą dostępną w europejskich szkołach i księgarniach będzie historia pisana przez Erikę Steinbach.

Jeżeli jednak takie odkłamujące historię obchody miałyby się odbyć to ich miejscem nie powinno być Westerplatte. To nie w Gdańsku rozpoczęła się II Wojna Światowa. Już dzisiaj z całą pewnością wiemy, że kilka, kilkanaście minut przed atakiem na Westerplatte, niemiecka Luftwaffe dokonała zbrodniczego nalotu na bezbronny Wieluń. Miasteczko bez żadnego znaczenia logistycznego lub militarnego, w którym nie stacjonowało wojsko polskie, gdzie nie było artylerii przeciwlotniczej, zostało w wyniku kilkakrotnych nalotów w dniu 1 września zniszczone w 75% a śmierć poniosło ok 1200 mieszkańców (8%ludności).

Zniszczenie Wielunia było zbrodnią ludobójstwa w świetle Konwencji Haskie. Tej samej konwencji, na którą dzisiaj powołują się Niemcy, żądając zwrotu tzw. Berlinki. Zasady Konwencji Haskiej zabraniają bombardowania miast otwartych, szpitali, zabytków i miejsc kultu religijnego.

Sądzę, że Wieluń to daleko lepsze niż Westerplatte miejsce, w którym powinny odbyć się uroczystości 70 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej. Westerplatte to niezapowiedziany atak na polskie wojsko. Wieluń to niepojęty w swoim barbarzyństwie i pogardzie dla ludzkiego życia pierwszy przejaw ludobójstwa, zwiastun bezmiaru krzywd, które Niemcy szykowały światu.

http://gdanszczanin.blox.pl/resource/wielun4.jpg

„Swoje wrażenia na temat sytuacji w Wieluniu relacjonowali członkowie niemieckiej grupy operacyjnej, którzy mieli objąć zarząd w zniszczonym mieście, w tych oto słowach: "Najwyżej 200 osób przebywało w tym około 70% zniszczonym, niegdyś 15 000 mieszkańców liczących mieście. (...) Tu i ówdzie przebłyskuje jeszcze ogień (...). Na ulicach leżą gruzy, kamienie, poprzewracane słupy elektryczne i telefoniczne. W jasnym świetle dziennym można zobaczyć wszystkie skutki bombardowania. Śródmieście jest całkiem zdruzgotane. Domy zostały tu wypalone, zapadły się zmiażdżone przez bomby albo zostały przez nie zmie­cione. Druty telefoniczne i elektryczne zwisają poplątane. Bomby podziurawiły ulice i place, zaorały połacie ziemi, duże i mniejsze niewypały leżą na ulicach (...). Ze stert kamieni zapa­dłych domów wyglądają zmięte bety, zdruzgotane szafy, podarte płachty. Poza tym tu i ów­dzie słodkawy zapach. Tu pod kamieniami leżą z pewnością jeszcze zwłoki (...). Na Nowym Rynku stoją jeszcze dwa domy. Na starym Rynku stoi (tylko) poczta, za nią ratusz (...). Szpital jest zdruzgotany. (...) Studnie zostały uszkodzone i zanieczyszczone. Pod domami leżą zwłoki". „ żródło

wtorek, 08 stycznia 2008
Dwie twarze Donalda Tuska

Znakomity tekst Zdzisława Krasnodębskiego na temat ewolucji postawy i poglądów Donalda Tuska w ciągu zaledwie 3 lat. Gorąco polecam:

"

Epitafium dla chwilowego radykała

Zdzisław Krasnodębski 08-01-2008, ostatnia aktualizacja 08-01-2008 14:18

Polityk może zmieniać poglądy. Jeśli jednak Donald Tusk tak radykalnie zmienił poglądy w ciągu dwóch lat, trudno nie pytać, co jest tego przyczyną – zastanawia się filozof społeczny Zdzisław Krasnodębski.

źródło: Rzeczpospolita
+zobacz więcej

Gdy dwa lata temu zapytano pewnego wybitnego polskiego polityka, czy czuje się skrajnym radykałem, odparował: „Czasem radykalizm poglądów jest cnotą. Na przykład rozumiany jako stanowcza determinacja, by zidentyfikować źródła zła i wyeliminować je z życia politycznego. Wobec oczywistej niesprawiedliwości, kłamstwa i nieuczciwości trzeba być radykałem, a nie człowiekiem kompromisu”.

Radykalizm – dodał – jest na przykład potrzebny „w konfrontacji ze światem przestępczym i nieudolnością wymiaru sprawiedliwości”. Był to polityk, który uznał, że należy szeroko otworzyć archiwa SB, by się wreszcie uporać z dziedzictwem komunizmu: „Kiedy w latach 80. mówiłem o potrzebie przywrócenia własności prywatnej i wolnego rynku, też nazywano mnie radykałem. Teraz znowu to słyszę, bo zgłosiliśmy postulat, by otworzyć teczki i udostępnić wiedzę o tym, co się działo w Polsce przez ostatnich 20 – 30 lat. Ujawnienie prawdy dla niektórych zawsze będzie żądaniem radykalnym (...) Ci, którzy obawiają się ujawnienia prawdy z przeszłości, zawsze przedstawiają zwolenników otwarcia archiwów jako niebezpiecznych radykałów i osoby niespełna rozumu. A my przecież proponujemy rozwiązanie, które nie jest niczym szczególnym. Chcemy tylko, aby dostęp do archiwów był znacznie szerszy, żeby nie był przywilejem wybranej kasty. Po to między innymi, żeby historią nie grali politycy, a szczególnie byli esbecy”.

Wyznania radykała

Polityk ten ostro krytykował elity, szczególnie warszawskie „towarzystwo” i jego dążenie do sprawowania realnej władzy w Polsce, władzy zachowawczej, uniemożliwiającej właściwy rozwój Polski: „Kilka wpływowych osób wystraszyło się, że (...) w polskiej polityce pozostaną siły, które są mało wrażliwe na opinie warszawskiego salonu. A salon nie chce stracić wpływu na to, co się w Polsce dzieje, o czym się mówi, co wypada, a co nie”.

I wskazywał, że za hasłem obrony III RP kryje się chęć obrony pozostałości po komunizmie: „Dzisiaj wśród obrońców III RP w jednym szeregu znajduję Józefa Oleksego, Leszka Millera oraz Tadeusza Mazowieckiego i Władysława Frasyniuka. Nie mam pojęcia, co w tym towarzystwie robi Mazowiecki i Frasyniuk. Jestem przekonany, że ten tężejący szereg obrońców III RP to legion tych, którzy chcą bronić resztek PRL”.

Dostrzegał negatywne strony historycznego kompromisu zawartego przy Okrągłym Stole: „Ten układ przyniósł w sposób bezkrwawy pożyteczne zmiany w Polsce, ale wystarczy trochę trzeźwej perspektywy, aby zauważyć, że dla ludzi oddających wtedy władzę najważniejsze było zagwarantowanie własnych interesów i własnego bezpieczeństwa. Taką gwarancją miał być szantaż lustracyjny. Jest prawdopodobne, że masowe werbunki konfidentów w latach 1987 – 1988 miały właśnie taki cel”.

To cytaty z wywiadu przeprowadzonego z owym politykiem przez Joannę Lichocką dla „Faktu” 2 marca 2005 r. W innym, wcześniejszym tekście opublikowanym w tej samej gazecie polityk ten pisał: „Chylę czoło przed tymi, którzy już dawno potrafili dostrzec zagrożenie ze strony byłych służb specjalnych. Ja go nie widziałem na początku lat 90. Tymczasem dawni funkcjonariusze tych służb świetnie zadomowili się w służbach dzisiejszych, a także w mafii, mediach oraz biznesie i polityce. Także tu trzeba zadziałać stanowczo” („Fakt” 26 kwietnia 2004).

Projekty

Kim był ten polityk? Nie, to nie Antoni Macierewicz, to nie Jarosław Kaczyński i nie Jan Rokita. To Donald Tusk, obecny premier RP. Wtedy nie głosił jeszcze – lub już nie – powszechnej miłości. Przypominam o tym, bo pamięć polskiego społeczeństwa jest zadziwiająco krótka. Oczywiście polityk może zmieniać poglądy. Jeśli się jednak zmienia tak radykalnie w ciągu dwóch lat, trudno nie pytać, co jest tego przyczyną.

Czy w ciągu ostatnich dwóch lat problemy, o których mówił, zostały rozwiązane? Czy tamte diagnozy przestały być prawdziwe z chwilą, gdy PiS przejął władzę? Czy konferencje ministra Ziobry, odrolnienie działki na Mazurach, sprawa arcybiskupa Wielgusa, rozwiązanie WSI, zaciekły opór wielu środowisk przeciw lustracji, zatrzymanie działaczy piłkarskich i urzędników Ministerstwa Finansów oraz samobójstwo Barbary Blidy sfalsyfikowały tamte oceny?

A może Donald Tusk nigdy nie brał ich zupełnie poważnie? Co zatem Tusk traktuje poważnie, jakie cele stawia przed sobą? Wtedy sądził na przykład, że „uzdrowienie życia publicznego to sprawa absolutnie podstawowa (…) Skończyć się musi bezkarność urzędników. W niektórych krajach wobec urzędników państwowych nie stosuje się zasady domniemania niewinności. W razie podejrzenia to oni muszą udowadniać brak swojej winy. To znacznie ułatwia walkę z korupcją” („Fakt” z 26 kwietnia 2004 r.).

Żaden z dawnych projektów Platformy – większościowa ordynacja, likwidacja Senatu, zmniejszenie liczby posłów w Sejmie – nie jest już jej sztandarowym projektem. Co więc w zamian proponuje? Konia z rzędem temu, kto potrafi to powiedzieć. PO sprawia wrażenie, jakby dopiero po wyborach, zaczęła się zastanawiać, co zamierza zrobić. Kto z nas pamięta, o czym premier Tusk mówił w swoim trzygodzinnym przemówieniu? Nawet o budowie „drugiej Irlandii” rząd już milczy i nic dziwnego, skoro PO nigdy nie objawiła głębszej wiedzy o tym, jak Irlandia osiągnęła swój sukces, i nie pokazała, co z doświadczenia Irlandii można by powtórzyć w Polsce.

Plan Sawickiej

PO zajęła się po dojściu do władzy zmianami personalnymi, które nie są oczywiście „zawłaszczeniem państwa”, lecz jego „oczyszczaniem”. Głównie troszczy się o służby specjalne, a jedyny konkretny plan dotyczący służby zdrowia jak dotąd zgłosiła jeszcze przed wyborami Beata Sawicka. W polityce zagranicznej widać raczej zwrot ku Rosji niż poprawę naszej pozycji na Zachodzie.

Wśród członków nowego rządu wybijają się minister Ćwiąkalski, który konsekwentnie sygnalizuje, że czas restrykcyjnej polityki karnej się skończył, co widać między innymi po sposobie potraktowania jego dawnego klienta Ryszarda Krauzego, oraz minister Julia Pitera, która wykonywała najlepiej jak potrafiła zlecenie na Mariusza Kamińskiego. Mimo tych starań nie udało się potwierdzić licznych zarzutów, którymi szermowano przed wyborami (CBA miała być przecież jak Securitate i Stasi), co dałoby wiarygodny pretekst do odwołania Kamińskiego ze stanowiska. Jedynym argumentem, jakim usiłuje nas się przekonać, jest to, że obecny szef CBA jest kontrowersyjny. A nowym szefem – w ramach depolityzacji służb – miałaby zgodnie z życzeniem premiera zostać właśnie niekontrowersyjna Julia Pitera. Prawdziwym rzecznikiem rządu jest równie niekontrowersyjny Stefan Niesiołowski, który skutecznie równoważy retorykę miłości swą chyba, niestety, nieuleczalną koprolalią.

Wystarczy administrować?

Mimo to poparcie dla nowego rządu jest wysokie. Media, które wyniki wyborów 2005 roku powitały bezprzykładną agresją, tylko markują krytykę, ożywiając się wtedy, gdy idzie o PiS. Popularność nowego rządu pokazuje, jak łatwo jest w Polsce grać na pozytywnych nastrojach i że PiS nie wykorzystało swych szans w tym względzie.

Rząd PO troszczy się głównie o służby specjalne, a jedyny konkretny plan dotyczący służby zdrowia jak dotąd zgłosiła jeszcze przed wyborami Beata Sawicka

Społeczeństwo było znużone konfliktami, niestety, po części bezproduktywnymi, i ostrą retoryką, za którą nie zawsze szły czyny. Z ulgą też przyjęło zniknięcie pewnych polityków z życia publicznego.

Na bardziej trwałe poparcie PO może jednak liczyć głównie wśród tych, którzy przez ostatnie dwa lata żyli w strachu, że ktoś wreszcie sprawdzi ich przeszłość, pochodzenie majątku oraz tych, którzy czuli się odsunięci na dalszy plan, zdjęci ze świecznika, na którym chcieliby świecić swym przyrodzonym blaskiem. Uwłaszczonej nomenklaturze postkomunistycznej i postsolidarnościowej nie potrzeba już SLD i LiD – schyłek pokomunistycznych partii jest więc nieuchronny, chyba że dokonają nieoczekiwanej transformacji.

Pojawiła się teza, że wracamy do normalności, że wszystkie istotne problemy Polski zostały rozwiązane, że trzeba już tylko sprawnie administrować krajem. Wystarczy jednak rozejrzeć się wkoło, żeby stwierdzić, że już same zadania administracyjne są tak wielkie, że o „normalności” nie może być mowy. Każdy, kto zetknął się z instytucjami polskiego państwa wie, że nie odpowiadają one nowoczesnym standardom i że np. budżet jest ciągle konstruowany według peerelowskiej matrycy. Każdy, kto wsiada do pociągu w Berlinie i wysiada na dworcu w Poznaniu, czuje, że znajduje się w innej strefie cywilizacyjnej – i żadne Schengen tego nie zmieni.

Cywilizacyjny uskok

To, że jeden z niedawnych mieszkańców Poznania jest właścicielem własnego samolotu i że od Pniew do Konina można przejechać najdroższą autostradą w Europie (na odcinku niespełna 200-kilometrowym trzeba płacić trzykrotnie), jest jeszcze jednym potwierdzeniem tego cywilizacyjnego uskoku. Gdy mieszka się w Warszawie, gdy obraca się w wśród ludzi sukcesu, łatwo zapomnieć o polskim „interiorze” i jego problemach.

Mimo niewątpliwych osiągnięć dystans dzielący Polskę od krajów rozwiniętych się nie zmniejsza, do tego nie wystarczą dwa wyjątkowo pomyślne lata. Zmniejszył się natomiast dystans między życiem elity a elitami Zachodu. Autor świetnej książki o zacofanych krajach Europy międzywojennej Derek H. Aldcroft (Europe’s Third World, The European Periphery in the Interwar Period, Aldershot 2006), zauważył, że w tamtych czasach w strategiach modernizacyjnych chodziło nie o wyrównywanie różnic między warstwami peryferyjnych społeczeństw, lecz o „transfer dochodów od biednych do elit, żeby elity mogły uzyskać środki do naśladowania stylu życia swoich odpowiedników na Zachodzie, tak jak robią to przez ostatnie pół wieku postkolonialni liderzy w Afryce”. Lokalne elity – jak pisze wybitny węgierski politolog Andrew Janos – dokonywały „zamiany prywatnych potrzeb w politykę publiczną”.

Niestety, podobnie było po 1989 roku. I właśnie dlatego warunkiem rozwoju ekonomicznego Polski są i będą głębokie przemiany polityczne odwracające tę logikę „prywatnych potrzeb”, wyznaczających politykę państwa, zmiana mentalności elit i ich częściowa wymiana, odblokowanie możliwości awansu, uporanie się ze spadkiem komunistycznej przeszłości, umocnienie suwerenności politycznej i kulturowej. Ci, którzy liczą na koniec polityki i zastąpienie jej zarządzaniem, powtarzają stary marksistowski topos. Tymczasem Polska stoi przed zasadniczym wyzwaniem politycznym i kulturowym, także zewnętrznym.

Jak pisał Janos w książce wydanej nie przez Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu (jakby mógłby przypuszczać wykształciuch czerpiący swą wiedzę z „Niezbędnika inteligenta” tygodnika „Polityka”), lecz przez Stanford University Press: „Różnice między dawną (sowiecką) i nową (zachodnią) hegemonią są, oczywiście, zasadnicze, ale dostrzegając różnice między tymi dwoma międzynarodowymi reżimami, obserwator nie może zignorować pewnych elementów ciągłości. Przede wszystkim musimy pamiętać, że tranzycja nie oznacza przejścia od hierachii do równości, lecz od jednej formy hierarchii do innej. Nie ma wątpliwości, kto wiedzie prym w dzisiejszej Europie Środkowo-Wschodniej lub (...) kto jest „misjonarzem”, a kto „lokalnym dzikusem”, którego czeka konwersja do uniwersalistycznego kanonu (...) Komunizm zamierzał wykreować „nowego człowieka”, natomiast misjonarze nowego uniwersalizmu chcą wykreować nowe liberalne osobowości wyposażone w supranarodowe sentymenty nowego wieku i wyzwolone z tradycyjnej społecznej etyki i rozmaitych tabu” (Andrew C. Janos, East Central Europe in the Modern World. The Politics of Borderlands for Pre- to Postcommunism, Stanford 2000).

Łatwiej ulegać

Część „lokalnych dzikusów” emigruje, zasilając metropolie w niezbędną siłę roboczą – na budowach, w usługach gastronomicznych, seksualnych, hotelarskich i pielęgnacyjnych (oblicza się, że w tej ostatniej branży pracuje w Niemczech nielegalnie ok. 100 tys. osób, w większości z Polski). To oni głosowali na PO, by nie dokuczano im cytatami z prasy bulwarowej o kartoflach i teletubisiach. Większość zaś tubylczej elity wie, że łatwiej i korzystniej jest ulegać trendom płynącym z metropolii, niż się im przeciwstawiać – liczy na polityczne i finansowe nagrody za lojalność i poparcie w utrzymaniu władzy.

Niestety, powrót „normalności” pod egidą oczyszczonej z niepokornych polityków PO, z przywódcą, który zapomniał o swej politycznej odwadze sprzed dwóch lat, może oznaczać rezygnację – miejmy nadzieję, że tylko chwilową – z ambitnego projektu wydobycia się Polski z peryferyjności.

Autor jest profesorem socjologii i filozofem społecznym związanym z Uniwersytetem w Bremie oraz Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Współpracuje z „Rzeczpospolitą”

Źródło : Rzeczpospolita "

 

poniedziałek, 07 stycznia 2008
Pluralizm Gazety Polskiej według Paliwody

Szef działu opinii Gazety Polskiej, Paweł Paliwoda ogłosił wszem i wobec, że tygodnik otwierając się na nowe środowiska ma zamiar zaproponować współpracę blogerom. Pomysł niezły ale nie odkrywczy. Blogerzy już funkcjonują w tradycyjnych mediach. Są zapraszani do programów telewizyjnych ( Warto Rozmawiać Pospieszalskiego) , są też drukowani w gazetach ( Rzeczpospolita). Novum zaproponowane przez Paliwodę polega na zaproszeniu do współpracy lewicowych, czasami lewackich autorów. Ze słów Pawła Paliwody wynika, że powodem zaproszenia do współpracy jest z jednej strony chęć publikowania (promowania?) osób o innych poglądach niż dotychczas prezentowane na łamach gazety, z drugiej zaś jest to ukłon w stronę osób sprawnie posługujących się piórem.

Cóż, nie ukrywam, że pomysł uważam za tragiczny. Przypominam, że prawicowy potencjalny czytelnik ( w skrócie PPC ) to ponad 5 milionów dorosłych Polaków. Zadaniem prawicowego tygodnika jest szukanie pomysłów na dotarcie to tego nieprzebranego rezerwuaru czytelników. Z własnego doświadczenia związanego z lekturą Dziennika wiem, że z punktu widzenia prawicowego czytacza gazet wypociny Lisa, Olejnik czy Żakiewicza są po prostu omijane wzrokiem. Także argument goszczenia na łamach wirtuozów pióra uważam za chybiony. Bo jeżeli tak, to czemuż by nie zaprosić do współpracy Urbana, Passenta . Przecież warsztatowo są klasą sami dla siebie.

Pozostaje jeszcze pytanie jak się poczują członkowie Klubów Gazety Polskiej, organizujący wam spotkania, promujący GP. Czy czasami nie uznają, że zostali zrobienie w balona , wyrolowani, wykorzystani?

Najgorsze jest to , że takie nerwowe i nieprzemyślane zachowania mogą zrazić dotychczasowych czytelników. W efekcie stracicie tych których teraz macie a nie zyskacie nowych.

Niestety chwytanie się tak błazeńskich pomysłów na szukanie czytelników wśród wyborców PO czy wręcz SLD jest przejawem bezradności i brakiem pomysłu na pismo.
sobota, 05 stycznia 2008
Tomasz Lis w TVP..... a Igor Janke w TOK FM

Tomasz Lis będzie miał swój godzinny program w telewizji publicznej. Równocześnie w programie 1 TVP pojawi się Bronisław Wildstein z własnym programem autorskim. Wypada zadać pytanie: jak to jest z upolitycznieniem TVP? Przypominam, że taki zarzut postawił między innymi pracujący w TVP za prezesury Wildsteina Igor Janke. Jak pamiętamy Jankie i  Karnowski  odeszli z TVP w proteście przeciwko zastąpieniu Wildsteina przez Urbańskiego. Pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że Igor Jankie z dnia na dzień przeniósł się do Radia Tok FM, nazywanego potocznie Rynsztokiem. Emocjonalne i nieprzemyślane zachowanie Jankego i Karnowskiego przyniosło wiele szkody i telewizji publicznej i PiSowi bo umożliwiło stacjom komercyjnym kreowanie negatywnego wizerunku mediów publicznych jako mediów realizujących wytyczne PiSu. W tej wizji mediów publicznych szefowie stacji, wydawcy, wreszcie sam prezes TVP są przedstawiani jako polityczni komisarze zarządzający ręcznie informacją.

Smutne, że o pluralizmie mediów publicznych zaświadcza Tomasz Lis a nie Igor Janke.

poniedziałek, 31 grudnia 2007
Wszystko czego nie wiecie o Niesiołowskim ale boicie się zapytać...

Od razu zaznaczam, że tytuł nie odnosi się do moich czytelników, a raczej do opiniotwórczych mediów. Stefan Niesiołowski od 1989 roku bryluje na scenie politycznej. Dzięki sprawnej autokreacji jawił się nam jako niezłomny opozycjonista i człowiek zasad. Wszelkie wątpliwości na swój temat gasi obelgami i napadami szału. Okazuje się jednak, że historia, popełnione niegodziwości potrafią dopaść nawet Marszałka Sejmu.

Poniżej prezentuję w całości artykuł Jerzego Nowaka, który ukazał się przed kilkoma dniami w „Naszym Dzienniku”. Ciekaw jestem czy temat podchwycą Rzeczpospolita, Dziennik.

Internauci w kilku przypadkaqch sprowadzili na ziemię osoby orbitujące daleko od matki ziemi. Salon 24 pamięta zapewne Elizę Michalak. Dzisiaj odkrywamy na nowo Stefana Niesiołowskiego.

Zapraszam do lektury:

Prof. Jerzy Robert Nowak

Słynny był kiedyś kuplet w "Słówkach" Boya o pewnym galicyjskim polityku:

Żadnych politycznych Nie zna on przesądów,

Każda Partia dobra, Byle dojść do rządów!

Słowa te pasują jak ulał do przeróżnych skrajnych zygzaków kariery politycznej obecnego wicemarszałka Sejmu Stefana Niesiołowskiego, prawdziwie wyspecjalizowanego w koniunkturalnych zmianach poglądów. Na tym tle prawdziwą groteską był fakt, że jeszcze w 2001 roku, w ulotce przedwyborczej, tenże Stefan Niesiołowski z werwą zachwalał samego siebie jako tego, który "nie zmienia przekonań" i jako tego, który jest jak najdalszy od karierowiczostwa. W rzeczywistości Niesiołowski wielokrotnie w swym życiu dawał przykłady iście kameleońskich skłonności do zmian poglądów politycznych, przyklejania się do tego, co uprzednio zwalczał i zwalczania tego, co uprzednio chwalił. Wychwalana przez Niesiołowskiego jego rzekoma "niezmienność poglądów" aż nadto przypominała osławioną zasadę Lecha Wałęsy: "Jestem za, a nawet przeciw".

Gdy "brzydził się" "fanatykiem" Michnikiem

Od wielu lat Niesiołowski znany jest jako jedyny obok Aleksandra Halla dyżurny "prawicowiec" Michnikowskiej "Gazety Wyborczej", który zawsze zabiera głos na łamach tej gazety, gdy to z jakichś względów potrzebne jest politycznie jej naczelnemu. Mało się dziś pamięta, że tenże Niesiołowski jeszcze w 1992 roku pisał o A. Michniku, używając jak najostrzejszych słów, stwierdzając wprost: "Dla mnie typowym fanatykiem nienawiści i agresji jest Adam Michnik, aczkolwiek niewątpliwie inteligentny. Reprezentuje rodzaj fanatyzmu, którym się najbardziej brzydzę [podkr. - J.R.N.], ponieważ pod pozorami troski o człowieka, o wolność, o demokrację, lansuje twardą antykościelną i antypolską opcję polityczną" (por. A. Poppek, K. Pytlakowska: "Szaszłyk po polsku", Warszawa 1992, s. 151). Dziś tak zajadle występujący w roli pierwszego zagończyka liberałów z Platformy Niesiołowski był w swoim czasie niezwykle zajadłym, nieubłaganym wrogiem liberałów wszelkiej maści. Jakże wstydliwe muszą być dla niego wypowiedzi z wcześniejszych lat. By przypomnieć choćby, z jaką emfazą pisał Niesiołowski 13 stycznia 1992 roku na łamach "Gazety Wyborczej": "Liberałowie udowodnili, że nie mają żadnych kwalifikacji ekonomicznych i nigdy w żadnej koalicji - gdyby do takiej kiedykolwiek doszło - nie mogą obejmować resortów ekonomicznych, bo zrujnują kraj [podkr. - J.R.N.]. Cały wysiłek nowego, centroprawicowego rządu Jana Olszewskiego, obciążonego fatalnym dziedzictwem ich rządów [podkr. - J.R.N.], musi skoncentrować się na problematyce gospodarczej, w imię umocnienia demokracji i odsunięcia od nich zagrożeń" (cyt. za: S. Niesiołowski: Przede wszystkim gospodarka, "Gazeta Wyborcza" z 13 stycznia 1992 r.). Te jakże słuszne skądinąd stwierdzenia Niesiołowski powtórzył (a więc je nadal aprobował) w wyborze swych tekstów prasowych, opublikowanym w 2001 r. (por. S. Niesiołowski: W wolnej III Rzeczypospolitej. Wybór tekstów prasowych 1990-2001, Łódź 2001, s. 33). W wielu wypowiedziach na początku lat 90. Niesiołowski odsądzał liberałów od czci i wiary, wręcz równając ich z ziemią. Przypomnijmy choćby wywiad dla "Rzeczpospolitej" z 13-14 czerwca 1992 r., gdzie z niekłamaną pasją piętnował ogół liberałów jako odrażające środowisko, które chciałoby zamknąć Kościół katolicki w swoistym getcie. Z jakimż oburzeniem Niesiołowski atakował wówczas liberalny rząd Bieleckiego! Stwierdzał: "Mieliśmy przykład gabinetu Bieleckiego, który wyrzucił wiceministra Kaperę za to, że powiedział o istnieniu zboczeńców seksualnych. A o zboczeńcach seksualnych można przeczytać w każdej encyklopedii". Przypomnijmy, że w tymże samym czasie obecny przywódca partyjny Niesiołowskiego premier Donald Tusk dosłownie "skakał z radości" na wieść o usunięciu z rządu "niepoprawnego politycznie" Kazimierza Kapery. Rzekomo "nie zmieniający nigdy poglądów" Niesiołowski od lat szczególnie gorliwie współpracuje z byłym korowcem Bogdanem Borusewiczem czy korowcami z "Gazety Wyborczej". Jakoś dziwnie "zapomniał", jakież to ostre teksty wypisywał o KOR w czasie "karnawału" "Solidarności" (tj. lat 1980-1981), gdy twórców KOR nazwał "pogrobowcami Stalina". Jakże się bił za to w wywiadzie, udzielonym M. Lizutowi z "Dużego Formatu" (dodatku do "Gazety Wyborczej") z 14 listopada 2005 roku. Bąkał tam, iż "żałuje" swego stwierdzenia o twórcach KOR jako "pogrobowcach Stalina", tłumacząc, że: "Niektóre sformułowania padły w ferworze walki". Inny przykład, dowodzący, jak absurdalnie kłamliwe są twierdzenia o rzekomej "niezmienności" przekonań Niesiołowskiego. W ostatnich latach niejednokrotnie występował z zajadłymi atakami na PiS, zarzucając mu, że narzucał Polsce politykę "krnąbrności wobec Europy", która nas jakoby ośmieszała i marginalizowała na kontynencie. Robi to ten sam Niesiołowski, który kiedyś ostrzegał, że wejście do Unii Europejskiej doprowadzi do skrajnie żałosnych skutków dla Polski. Według tekstu S. Niesiołowskiego na łamach "Nowej Europy" z 1995 r.: "(...) Wraz z przystąpieniem do Unii Europejskiej Polska stanie się państwem ideologicznym, prowadzącym politykę dechrystianizacji i degradującym katolików, to znaczy 82 proc. społeczeństwa do roli obywateli drugiej kategorii, prześladowanych bardziej okrutnie, bo w sposób wyrafinowany, niż za czasów komuny" (cyt. za M. Rybiński: Z wykopalisk, "Gazeta Polska" z 12 września 2007 r.). Jakiż "niezmienny" na tle przytoczonych dawnych wypowiedzi wydaje się S. Niesiołowski. Po prostu tytan stałości poglądów!

Przeciw Unii Demokratycznej, a nawet za

Szczególnie groteskowe były zmiany poglądów S. Niesiołowskiego w stosunku do Unii Demokratycznej vel Unii Wolności. Początkowo Niesiołowski był zajadłym wrogiem UD, chętnie wyzywał ją od "udecji" lub "udokomuny" (por. własne wyznania S. Niesiołowskiego w wywiadzie dla książki A. Poppek i K. Pytlakowskiej "Szaszłyk po polsku", Warszawa 1992, s. 159). Dziennikarki "Gazety Wyborczej" Anna Bikont i Joanna Szczęsna przypominały, jak to w swoim czasie Niesiołowski: "Twierdził o Unii Demokratycznej, że 'jest mniej więcej tak samo demokratyczna, jak PZPR była robotnicza i polska' i przylepiał do niej łatki: 'katolewica', 'różowi', 'udecja'. Tym, którzy 'nie wahali się świadczyć Jezusowi Chrystusowi za cenę gorszych zarobków i nie awansowania', przeciwstawiał związanych z Unią Demokratyczną Jerzego Turowicza i Andrzeja Wajdę, obwiniając ich za to, że 'obsługiwali kadzielnicę kłamstwa, która jest istotą komunizmu'. Turowicz wyjaśniał, że owszem, był za zgodą i aprobatą kardynała Wyszyńskiego, w utworzonym pod egidą PRL-owskich władz Froncie Jedności Narodu i że wystąpił tam raz, w obronie listu biskupów polskich do biskupów niemieckich, wypowiedź Niesiołowskiego zaś trudno określić inaczej niż zwyczajne chamstwo" [podkr. - J.R.N.] (cyt. za: A. Bikont, J. Szczęsna: Radio Maryja? Wolę motyle. Portret Stefana Niesiołowskiego, "Gazeta Wyborcza" z 6-7 maja 2006 r.). Zapytany w 2006 r. przez Bikont i Szczęsną o swój dawny atak na Turowicza, Niesiołowski stwierdził, że dziś uważa tę wypowiedź za "niepotrzebną i krzywdzącą" (por. tamże). Przypomnijmy, że Niesiołowski, tak zaangażowany od połowy czerwca 1992 r. w maksymalne wspieranie koalicji ZChN z Unią Demokratyczną, niewiele wcześniej, w tymże 1992 r., bardzo ostro krytykował UD w wywiadzie do książki "Szaszłyk po polsku". Pisał o niej we fragmencie zatytułowanym "Janusowe oblicze (dwulicowość)". Tę dwulicowość przedstawiał jako "istotę Unii Demokratycznej". Pisał: "Mają na każdą okoliczność inną twarz. W szkołach mówią, że są za aborcją i że młodzież musi się kochać. Wśród emerytów twierdzą, że wartości chrześcijańskie są im najbliższe. Na kongresie socjaldemokratów jeden z liderów UD powiedział, że oni są za socjaldemokracją, ale z powodów taktycznych nie mogą się do tego przyznać. U chadeków zaś inny lider przyznał się do chadeckich poglądów, które jednak też są zmuszeni ukrywać. Naprawdę zaś najbliżsi są socjaldemokracji. To partia nastawiona na zdobycie władzy" (por. A. Poppek, K. Pytlakowska: "Szaszłyk po polsku", Warszawa 1992, s. 153).

Czy Niesiołowskiego zastraszono?

W czerwcu 1992 r. doszło do nagłej, szokującej zmiany frontu przez Niesiołowskiego, który stał się jakby zupełnie innym człowiekiem. Ten dotychczas stanowczy obrońca wartości chrześcijańskich w polityce i publicystyce nagle zdradził sprawę tych wartości, zdradził sprawę patriotyzmu, totalnie uzależniając się od Unii Demokratycznej, a nawet stał się swego rodzaju ekspozyturą poglądów Bronisława Geremka w Zjednoczeniu Chrześcijańsko-Narodowym. Było to prawdziwym szokiem dla obserwatorów polskiej sceny politycznej, w tym i dla mnie. Jeszcze wiosną 1990 r., wspólnie z tak opluwającym mnie dziś Niesiołowskim, przygwoździliśmy lewackiego radykała z UD - Zbigniewa Bujaka, w telewizyjnym programie "Interpelacje". Wkrótce potem Niesiołowski odwiedził mnie w moim mieszkaniu w Warszawie wraz z wicemarszałkiem Sejmu Andrzejem Kernem. Miałem wówczas wrażenie naszej całkowitej zgodności poglądów. Niesiołowski wręczył mi swoje więzienne wspomnienia (pisane pod pseudonimem "Ewa Ostrołęcka"), dedykując je słowami: "Z najserdeczniejszymi pozdrowieniami i wyrazami szacunku". (Dziś ten sam Niesiołowski jak może szkaluje mój życiorys sprzed 1990 r.!). W owym czasie Niesiołowskiego zaliczano wraz z Markiem Jurkiem i Janem Łopuszańskim do tzw. trzech muszkieterów, konsekwentnie toczących w parlamencie boje w obronie Kościoła, patriotyzmu i programu dekomunizacji. Nagle w czerwcu 1992 r. dochodzi do całkowitej zmiany postawy Niesiołowskiego. W filmie "Nocna zmiana", autorstwa Jacka Kurskiego, widzimy Niesiołowskiego na zwołanej przez Lecha Wałęsę tajnej naradzie spiskowej, zmierzającej do obalenia rządu Jana Olszewskiego. Sam Jacek Kurski tak opisywał w czerwcu 1995 r. zachowanie Niesiołowskiego sprzed trzech lat: "Niesiołowski ogląda naradę obłędnym, przerażonym wzrokiem; nic nie mówi. Za kwadrans wygłosi, zresztą pokazane w tym filmie, wspaniałe przemówienie w obronie rządu. Gdy go niedawno spytałem, co robił na tej naradzie - zbladł, bo nie wiedział, że była filmowana. Określił ją jako 'bandycką, zbójecką naradę, na którą zwabiono go podstępem'. Szkoda tylko, że nikomu o tym nie powiedział. Bo potem oglądaliśmy 'w polityce' zupełnie innego Niesiołowskiego: rano 5 czerwca nie umiał już wygłosić przemówienia przeciwko powołaniu rządu Pawlaka - w ostatniej chwili poprosił o to Marka Jurka - widywaliśmy go za to na konferencjach z Geremkiem, robiącego dobrą minę do beznadziejnego rządu Suchockiej" (por. Dobrze służyć Polsce Ludowej. Wywiad W. Kalimowskiego z J. Kurskim, "Tygodnik Solidarność" z 23 czerwca 1995 r.). Co spowodowało tak gwałtowną zmianę kursu u S. Niesiołowskiego? Jak to się stało, że ten do niedawna tak żarliwy przeciwnik Unii Demokratycznej, nagle zaczął wręcz symbolicznie jeść z ręki czołowych polityków na czele z Geremkiem? Być może zaszantażowano go wówczas groźbą nagłośnienia w mediach jego skrajnie tchórzliwego zachowania po aresztowaniu i sypaniu koleżanek i kolegów z "Ruchu". Może chodziło o coś jeszcze dużo gorszego. W różnych publikacjach niejednokrotnie pojawiały się informacje o tym, że Niesiołowski figurował na tzw. liście Milczanowskiego. Jedno nie ulega wątpliwości. Od czerwca 1992 r., wkrótce po obaleniu rządu J. Olszewskiego, Niesiołowski wchodzi na drogę ewidentnej zdrady swych dotychczasowych przekonań, wspierając odtąd to, co zwalczał, i zwalczając to, co przedtem popierał. (...)

 

całość artykułu na www.gdanszczanin.salon24.pl . Ciekawe, że tam się tekst zmieścił ....

niedziela, 30 grudnia 2007
Wolność słowa dla Niesiołowskiego! A może kaftan ?

 

Z blogierskiego obowiązku dokumentuję niniejszym zupełnie niezwykłe życzenia bożonarodzeniowe złożone do kamery TVN 24 przez marszałka Niesiołowskiego.

Tak to już jest , że świąteczna atmosfera wycisza emocje nawet u polityków. Panie i panowie posłowie łamią się opłatkiem i składają sobie życzenia. Ponoć nawet śpiewają wspólnie kolędy. Wszyscy, ale nie Niesiołowski. Stefan Niesiołowski tegoroczne życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia skierował do ojca Rydzyka. Kwiecistymi, typowymi dla siebie, słowy życzył mu procesu i wyroku skazującego. Na koniec wyraził życzenie aby jedyną rozgłośnią, którą będzie kierował o. Rydzyk był więzienny radiowęzeł. Co ciekawe, wypowiedzi Niesioła nie uświadczysz na stronach internetowych TVN24 (ani na żadnych innych). Wygląda na to, że ITI Panama Chips ocenzurowała wypowiedź marszałka sejmu z ramienia partii sprawującej władzę. Po prostu skandal !!!

ps. Czy też się zastanawiacie co powoduje, że media o. Rydzyka są tak znienawidzone przez PO, SLD, Agorę i ITI ?

Dlaczego media mające tak śladową słuchalność ( ok 2 %) rozpalają agentów i czerwonych do białości?

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27
teraz na blogu

Nie czytam czerwonego szmatławca reaktywacja statystyki www stat.pl www.michalkiewicz.pl - strona autorska Stanisława Michalkiewicza Prawy Prosty - galba.net.pl Gazeta Polska Kataryna.blox.pl Haribu.blog.onet.pl Geralt.blox.pl Dokwadratu.blogspot.blox.pl Cyberowca.blogspot.com Homester.blox.pl Foxx.salon24.pl reaktywacja
wolnosc.dla.tiszerta.com
Skopiuj CSS